szanty24.pl > ocean wiedzy > różności > Sterylnie czy z życiem?

niedziela, 5 lutego 2012 Imieniny: Agaty i Adelajdy

ocean wiedzy: z wiatrem | historia | różności

różności

Sterylnie czy z życiem?


Autor: Włodek "Trzeci" Dębski


Zastanawia mnie od wielu lat, jakimi względami kierują się wykonawcy przy wydawaniu płyt. Poprzedni rok obfitował w wydawnictwa, pojawiło się wiele płyt debiutanckich, jak również kilka nowych krążków w dorobku znanych i uznanych wykonawców. Przesłuchałem większość z nich i …

Ano właśnie, to „i” robi mi się coraz większe i większe. Jak napisał Solo „Szanta musi mieć drive” – a tu wszystko czyściutkie, wycyzelowane, przepuszczone przez wtyczki pilnujące wysokości dźwięku, obudowane powielonymi głosami, pozbawione życia i wysterylizowane. A do tego jeszcze coraz częściej płyty debiutanckie mają po 40 minut albo zawierają wypełniacze w postaci ogranych utworów w (czasami) nowych aranżacjach.

Po co wydaje się płytę? Jaki jest cel tego przedsięwzięcia?
Z moich obserwacji wynika, że najczęściej wydanie płyty jest zapisem „tu i teraz”, zapisem stanu możliwości wykonawcy na dany dzień przepuszczonych przez umiejętności realizatora i wizję dokonującego finalnego zgrania i masteringu. Z jednej strony to dobrze, bo nie sposób mierzyć rozwój bez punktu odniesienia, tylko czy to jest wystarczający powód do wydania płyty? Niby warto ją mieć, bo koncerty, publiczność, znajomi, rodzina z drugiej strony pozostaje niedosyt a czasami wręcz niesmak. I nie wystarczą tłumaczenia, że mało było czasu, terminy goniły, sponsor się uparł. To w końcu, kto i po co wydaje tę płytę?!

Dwa konkretne przykłady obrazujące powyższe:
  • kolejna płytka znanego wykonawcy – zgranie zrobione przez kogoś, kto nie miał pojęcia o folku, a z pewnością nigdy nie słyszał zespołu na żywo, z trudem można rozpoznać poszczególne instrumenty, duża kompresja, uwypuklony środek, biegunowo odległe od brzmienia słyszanego na koncertach. Doskonały materiał, dobrze nagrany, zarżnięty technicznie na etapie zgrania i masteringu.
  • debiut jednego z młodych zespołów – znakomity materiał własny wymieszany z interpretacjami znanych utworów. Za to wokale wyczyszczone do granic możliwości, nawet naturalna chrypka zniknęła. Razem z tym wyjałowiono płytę z emocji, których można niemal dotknąć słuchając zespołu na żywo, gdzie te same utwory brzmią o wiele lepiej i porywają.

Może warto by się zastanowić, czy nie można lepiej wykorzystać czasu w studio, poświęcić go na nagranie kilku dodatkowych, nowych utworów, zamiast na rejestrację zapożyczonych lub ogranych numerów? Skoro olbrzymim nakładem sił i środków dokonuje się rejestracji SWOJEGO materiału, to czy warto pozostawiać jego finalne brzmienie w obcych rękach (o ile nie są to ręce, których efekty pracy akceptujemy)? Czy ma sens tłoczenie kilkuset sztuk takiego krążka? Przecież obecnie powielenie 100 czy 200 egzemplarzy wymaga jedynie czasu spędzonego z nagrywarką CD. Etykiety na krążki, jak i wkładki do pudełek można zamówić za małe pieniądze w dowolnej drukarni i po poświęceniu odrobiny czasu wyprodukować taki sam materiał domowym sposobem, umieszczając na płytach to, co naprawdę dobre, a nie to, co się zmieści, jest spodziewane, sponsor sobie zażyczył (bo lubi) itp.

Druga strona medalu to płyty „studyjne”.
Zupełnie nie przeszkadza mi dogranie drugiej ścieżki gitary ubarwiającej utwór, czego gitarzysta zespołu z przyczyn oczywistych nie powtórzy na żywo. Trochę razi klejenie ścieżek wokalnych w sposób, który do powtórzenia ich na scenie wymagałby brania oddechu co 4 minuty. Ale jaki ma sens nagranie całej płyty przez muzyków, którzy nie wchodzą w skład zespołu!? Rozumiem to doskonale w przypadku solisty, który z natury rzeczy musi się wspomagać innymi muzykami, rozumiem również sens zaproszenia zaprzyjaźnionego muzyka gościnnie do kilku utworów. Ale cała płyta pod szyldem wykonawcy, na której w składzie zespołu jest mniej osób niż w części „w nagraniach udział wzięli”…? Chyba, że chodzi o efekt jaki osiągnęła Metallica z towarzyszeniem chóru i orkiestry symfonicznej.

Mam wrażenie, że obecnie wychodzące płyty coraz częściej są zapisem umiejętności obsługi programów studyjnych, a nie zapisem umiejętności wokalnych i instrumentalnych wykonawcy. Zbyt wiele czasu poświęca się na cyzelowanie strony technicznej płyty, a stanowczo zbyt mało na jej zawartość merytoryczną. Czyszczone są do bólu najmniejsze błędy wokalne, a nikogo nie razi zła dykcja i brak dynamiki, powielane rozkłady głosów, monotonność rytmiczna a nierzadko i tonacyjna.

Może jednak przed wypuszczeniem płyty (a najlepiej przed wejściem do studia) warto zadać sobie takie pytania:
  • Jaki jest cel wydania tej płyty?
  • Dla kogo jest przeznaczona?
  • Co ma się na niej znaleźć?
  • Jak ma brzmieć końcowy efekt?
A potem poszukać na nie odpowiedzi w gronie zespołu, spisać je na kartce i z żelazną konsekwencją się ich trzymać. Wtedy jest szansa, że nie ukaże się kolejny album, który będzie zaskoczeniem, nie tylko dla publiczności, ale i dla samego wykonawcy.

strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >

01. 08:32, 15.02.2008

Dodał: Antek   (napisanych komentarzy: 255)

Przepraszam za kolejną wypowiedź, ale w tym dziale nie ma możliwości edycji własnych postów.

Johnno rzekł: "Trafili się tez tacy, którzy nie widzieli niczego szczególnego w tym, że jeden człowiek nagrywa płytę, będąc jednocześnie gitarzystą, drugim gitarzystą, basistą, wokalistą i własnym, wielogłosowym chórkiem. Fajnie - tylko...
Osobiście uważam, że niosąc do domu płytę, niesiemy cząstkę artysty, który ją nagrał. A nie cząstkę realizatora, który cyfrowo zrobił z tego cokolwiek. "

Wracam do Mike Oldfielda, gościa, który nagrał praktycznie wszystko sam na swoich płytach (tylko głos bywał Maggie Reilly). Jest to więc zarówno wykonawca jak i realizator. Jeśli niosę do domu płytę Mike Oldfielda, to niosę tam cząstkę duszy Oldfielda, tak twórcy, jak i wykonawcy, jak i realizatora. Czemu ma mnie cokolwiek dziwić? Jedyna różnica taka, że jak niosę do domu płytę jakiegoś kwartetu, to tam mamy pięć cząstek duszy, w tym realizatora. Co nie tak z Oldfieldem w takim razie?

02. 08:19, 15.02.2008

Dodał: Antek   (napisanych komentarzy: 255)

Johnno, wielogłosowym chórkiem też? Hmmm, Mike Oldfield nagrywał tak jak mówisz, ale na wokal brał chyba Maggie Reilly, nieprawdaż.

03. 19:18, 14.02.2008

Dodał: Johno   (napisanych komentarzy: 1)

Miałem swego czasu okazję porozmawiać z kilkoma osobami z naszego światka szantowego na temat tego, jak ma wyglądac płyta, czy ma być bardziej realistycznym przekazem brzmienia zespołu czy też wychuchanym plastikiem.
I jak to zwykle bywa - gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie.
Jedni stwierdzali, że jak najbardziej żywe, uzasadniając to tym, że potencjalny słuchacz nabywając zbyt mocno "wystrojoną" płytę może przeżyć swego rodzaju szok, widząc zespół na scenie w formie nazwijmy to dalekiej od prezentowanej na płycie.
Inni usiłowali mnie przekonać, że po to jest studio, żeby wykręcić z niego co się da. Czyli stworzyć plastik. A propos tego plastiku, to lider jednego z bardziej znanych zespołów prawie się na mnie obraził, kiedy pisząc recenzję świeżo wydanej, długo oczekiwanej płyty, okreśłiłem ją właśnie takim mianem. Fajne ale plastik.
Niestety trendy są takie, że im bardziej studio pozwala rasować płytę, tym bardziej się z tego korzysta. A Antares się gotuje... Jednym słowem - "Nylon, platik... Nylon. Plastik."
Trafili się tez tacy, którzy nie widzieli niczego szczególnego w tym, że jeden człowiek nagrywa płytę, będąc jednocześnie gitarzystą, drugim gitarzystą, basistą, wokalistą i własnym, wielogłosowym chórkiem. Fajnie - tylko...
Osobiście uważam, że niosąc do domu płytę, niesiemy cząstkę artysty, który ją nagrał. A nie cząstkę realizatora, który cyfrowo zrobił z tego cokolwiek. Dlatego wolę materiał jak najbardziej żywy, maksymalnie zbliżony do naturalnego i rzeczywistego brzmienia zespołu. Z drugiej strony nie jestem przeciwnikiem stosowania najnowszych narzędzi studyjnych. Niech sobie będą, ale stosowane rozsądnie i z umiarem.

04. 09:11, 14.02.2008

Dodał: dluk   (napisanych komentarzy: 1)

Teoretycznie to prawda, ale:
- skoro głośno to źle, to dlaczego wszyscy tak robią?
- czy powiesz klientowi w oczy, że on będzie miał ciszej niż inne produkcje na rynku?
- pierwsze pytanie ludzi, którzy do mnie przychodzą: "będzie głośno?"

W moim subiektywnym odczuciu płyty szantowe mają swój urok i klimat właśnie dlatego, że nie są traktowane "biznesowo". Tu nie ma ogromnej kasy i produkcji tekstów w studiu na kolanie. Ludzie grają i nagrywają to co chcą, co im w duszy gra. Komercyjne produkcje słyszymy na codzień w radiu. Techniczne i jakościowo rewelacja. I tylko tyle.

05. 00:07, 14.02.2008

Dodał: Trzeci   (napisanych komentarzy: 18)

podpisuję się w 100%
Nie mam nic przeciw mp3 w odpowiednim bitrate - strata de facto mało słyszalna na normalnym (nie mówię o bzyczkach) sprzęcie. Niestety z płytami w naszym środowisku jest jeszcze gorzej - nie ma ani poweru ani artyzmu. Zobaczymy, czy to się zmieni - mam nadzieję, że tak

Chciałbym, żeby wreszcie zaczęto traktować produkcję płyt szantowych jak każdy inny projekt biznesowy - z zarządzaniem integracją, zakresem, ryzykiem a w szczególności jakością. :-)

06. 21:28, 12.02.2008

Dodał: kolebukr   (napisanych komentarzy: 10)

Witam!

Podrzucam do przeczytania dość łatwostrawny tekst o aktualnych tendencjach w nagrywaniu płyt. Nie chodzi tu wprawdzie o dylemat: sterylnie czy z życiem, lecz o trochę inny: z dynamiką czy bez.

[link]

Pozdrawiam

Robert

07. 23:51, 11.02.2008

Dodał: Trzeci   (napisanych komentarzy: 18)

Michał,

Tematy na przyszłość:
1 - zaakceptowane
2. Częściowo - opiszę różnice w nagrywaniu wczoraj i dziś, w technologiach uzywanych w studio, omówię kwestie różnic w brzmieniu płyty na różnym sprzęcie. Nie sposób jednak oceniać płyt w kategoriach dobra-zła. Obiecuję jednak, że przedstawię róznice w miksowaniu i brzmieniu na konkretnych przykładach, z tym, że własnego autorstwa. Ale to dopiero latem :-)

08. 20:26, 11.02.2008

Dodał: mn   (napisanych komentarzy: 86)

Dzięki wielkie, Włodku, za ten tekst. Nie mam pojęcia o tych sprawach, a Twoje teksty mi wiele rozjaśniają.
Jeśli mogę podrzucić tematy na przyszłość...
1. Wielu z nas, fanów nie-wykonawców, nie ma pojęcia o procesie nagrywania płyty. Mastering, miks - to terminy, które rozumiemy "na czuja" albo wcale. Zatem - zwięzły poradnik dla laików.
2. Płyta nagrana dobrze i źle (konkretne przykłady). Dlaczego np. stare kasety Refów różnią się brzmieniem od nowych (i na ile da się to poprawić na składankach typu "Tak było"). Różnica w nagrywaniu różnej stylistycznie muzyki, np. rocka (np. SMW) a folku (np. Hambawenah). Dlaczego jedne płyty są nagrane głośniej, inne ciszej :) Czemu na jednych słychać wszystkie instrumenty, na innych - tylko na bardzo dobrym sprzęcie... itd.

strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >


UWAGA
Autorzy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników
w poniższych komentarzach. Komentarze zawierające wulgaryzmy, treści niezgodne z prawem oraz adresy reklamujące inne strony internetowe będą kasowane.


twoje konto

zaloguj się

zarejestruj się

nawigacja

ocean wiedzy

– z wiatrem

– historia

– różności

okiem bosmana

– relacje

– recenzje

kubryk

kalendarz

galeria

radio

- aac 32 kbps

- mp3 128 kbps

szanty24.pl on Facebook


Copyright © 2008-2012 szanty24.pl. Projekt: szanty24.pl Technologia: cyberstudio