Lepiej późno niż wcale - ale...
Autor: Włodek "Trzeci" Dębski

Minęło sporo czasu od poprzedniego artykułu, co pozwoliło mi nabrać dystansu. I słusznie, bo zgodnie ze zgłoszonymi tematami miałem pisać o miksie, masteringu itp.. Na szczęście w międzyczasie przypomniałem sobie orkę na ugorze w postaci pierwszej realizowanej płyty i odrobinę zmieniłem zdanie.
Obecne możliwości techniczne pozwalają na realizowanie nagrań w warunkach niemal domowych. Sprzęt, który przez lata kosztował majątek obecnie zszedł do poziomu 2-3 średnich krajowych. Komputery trafiły pod strzechy, a ich możliwości swobodnie pozwalają na postawienie małego studia nagrań. Czy w takim razie warto inwestować w profesjonalne studio? Oczywiście, że warto. Z tym, że moim zdaniem nie na wstępie i nie jako pierwszy krok na drodze ku wydaniu płyty. Jestem przekonany, że inwestycja rzędu 1-2 tys. zł. w domowe studio zwraca się błyskawicznie.
Istnieje wiele powodów, które przemawiają za dokonaniem pierwszych prób nagraniowych w warunkach domowych, a właściwie za dokonywaniem każdorazowo tą drogą przymiarki do nagrania nowego materiału. Szczególnie dotyczy to młodych zespołów o zerowym lub nikłym doświadczeniu z pracą studyjną. A jest ona biegunowo odległa od pracy scenicznej. Dopiero w studio następuje zderzenie z czołgiem – jest nierówno, klęczy dykcja, a intonacja leży i prosi by ją ktoś litościwie dobił. Starym wygom scenicznym struny brzęczą pod palcami, okazuje się, że rozkład głosów, który „żarł” na scenie opiera się głównie na dysonansach, no i oczywiście nie sposób zagrać 2 razy tego samego tak samo. Pojawia się nagle odnośnik w postaci „klika”, który nieczuły na tzw. „feeling” bezlitośnie wskazuje odstępstwa od tempa.
Do profesjonalnego studia należy wchodzić przygotowanym w 250%. No chyba, że ktoś bogaty z domu i te 50-130 zł za godzinę plus realizator nie stanowi problemu. Trzeba dokładnie wiedzieć, co i jak będzie nagrywane, mieć ZAMKNIĘTY materiał na płytę, ograne i "uleżane w palcach" utwory, wykute „na blachę” teksty i wizję finalnego brzmienia. W każdym innym przypadku fundujemy sobie bardzo kosztowne próby … Najgorszy jest chyba moment, kiedy słuchając wstępnego (a nie daj Boże finalnego) miksu stwierdza się, że „coś nie brzmi” albo doznaje olśnienia i odkrywa zupełnie nowy pomysł na jeden (lub więcej) utworów.
Mam wrażenie, że gdyby zastosować domowe studio jako etap przedwstępny, co najmniej kilka płyt z naszego środowiska miałoby inną formę. Moje pierwsze doświadczenia z nagrywaniem materiału w studio, pochodzące z początku lat 90-tych ubiegłego wieku należą do gatunku przeżyć traumatycznych. Pierwsza kaseta „Spinakerów” powstała w 3 dni licząc od momentu wejścia do studia do chwili zakończenia nagrywania. Ale wtedy studio było nieosiągalne dla mas, więc mieszkaliśmy w nim, jedliśmy, spaliśmy i nagrywaliśmy na zmiany. Do tego technika analogowa wymagała nagrania każdej ścieżki od początku do końca czysto i dobrze. Jak coś poszło nie tak, to robiło się „wcinkę” polując na niewłaściwy fragment. Do tego mieliśmy dostępne wyłącznie 8 śladów i jak brakło, to się zgrywało je do 2, miksując w trakcie zgrywania … Pierwsza własna płyta, którą nagrywałem ze swoim zespołem, powstawała na raty przez parę miesięcy, ale miks, zgranie i mastering kosztowały mnie dodatkowo ponad 300 godzin wytężonej pracy, i to pomimo faktu, że nagrań dokonaliśmy już w technice obecnej, nielimitowanych śladów i cyfrowej obróbki.
Podsumowując: domowe studio to doskonałe narzędzie pracy, przedwstępny etap i wytężony trening przygotowujący do właściwej pracy w profesjonalnym studio. A przy zachowaniu odpowiednich zasad, standardów pracy, podejścia, dobraniu wyposażenia i dołożeniu umiejętności całkowicie wystarcza do nagrania i wydania dobrej płyty.