Autor: Bartosz "Bongos" Konopka

DE FAAC’TO – to tytuł najnowszego CD-eka w mojej płytotece. Czekałem na niego z niecierpliwością. Czekałem obserwując działalność i rozwój zespołu Mordewind. Byłem przekonany, że zapowiadana płyta będzie nie tylko inna niż debiutancka, ale również zaproponuje rodzimej scenie szantowej coś nowego. Nie pomyliłem się.
Zacznijmy od okładki. Bardzo uboga czarno biała kompozycja ukazuje portowe żurawie. Przywodzi na myśl klasykę irlandzkich lat 60. Moje skojarzenia wywołane tą okładką są następujące:
Od roku 1968 Irlandią Północną wstrząsały akty przemocy, które paraliżowały życie polityczne w tym regionie. Wszystkim problemom rozwiązania konfliktu stawały na przeszkodzie antagonistyczne dążenia społeczności protestanckiej i katolickiej, a terroryści z obu stron siali śmierć i zniszczenie... Dwóch Irlandczyków popija piwo analizując beznadziejną sytuację w jakiej się znaleźli. Bez pracy, pieniędzy, skażeni ideologią. Jeden z nich spogląda w kierunku portu mówiąc „The fuck it”. Może z takiej copywritterskiej zabawy powstał tytuł płyty? W tle słychać dźwięki dobiegające z pobliskiego pubu pomieszane z odgłosami pracującego portu...
Czas na krążek. Początek sympatyczny. Skoczny rytm wygrywany przez samotne banjo, perkusję i skrzypce... doskonały pomysł na wprowadzenie słuchacza w klimat. Niestety po 29 sekundach zespół mający naprawdę wiele ciekawego do powiedzenia wrzeszczy do mnie o portowym burdelu, piciu i tawernianym sexie. Rozumiem „Fuck it” (łacińskiego znaczenia de facto - w rzeczywistości, faktycznie – raczej nie rozumiem w tym kontekście), ale ileż można o tych burdelach i innych wyuzdanych żeglarskich klimatach? Dla mnie jest to najgorszy tekst na płycie i najgorszy z możliwych numerów na jej rozpoczęcie.
Jakże inną jakość prezentuje kolejny utwór. „Madame” ładny, wymowny, gustowny... „Zrobię to najdelikatniej, Madame jestem Twój”, zresztą utwór ten należy do najczęściej przeze mnie słuchanych. „Szarłat” również trzyma poziom. W opisach przedstawia nadnarwiańskie klimaty - pracę, tęsknotę do czasów i ludzi którzy już nie wrócą. Ciekawy pomysł - przeniesienie klimatów irlandzkich nad rzekę mającą swoje źródła na wschodnich rubieżach, gdzie bliżej do reżimu Łukaszenki i blinów niż morza. „Tłusty Szef” humorystyczna piosenka ze świetnym drivem, znana już z prezentowanego na Youtubie teledysku. Następnie miłe zaskoczenie. Utwór instrumentalny ze skrzypcami na pierwszym planie. Lubię granie Marcina Drabika więc jest fajnie. Cały czas słucham płyty z dużym zainteresowaniem. Podoba mi się (chociaż cały czas mam w głowie ten nieszczęśliwy portowy burdel).
„Hanzy Holk” przemyca na tej płycie nieco „starego” Mordewidu. „Port Royal” i „Do Carlow” szybko, dynamicznie w irlandzko-wojennych klimatach przenoszą do jednej z ciekawszych piosenek, czyli „Hej słońce”. Bardzo miły początek tej piosenki. Gitara, flet, delikatne skrzypce ... doskonale budują klimat, flet zresztą odgrywa tu bardzo ważną rolę. Warto podkreślić, że Paweł Szymiczek dodając do aranży flety, dudy i banjo wykonuje gigantyczną robotę. „Hej słońce, Hej kwiaty a morze zazdrosne o chłopców żonatych...”, to kolejny bardzo ładny utwór. „Zęby skał” coś mi przypominają. Nie mogę jednak ustalić dokładnie czym inspirował się autor. Utwór ok. Dobrze się przy nim jedzie obwodnicą Krakowa. „Syrenka” to chyba mała niespodzianka. „Ja chłopak z Pragi od urodzenia... Syrenko Syrenko warszawska panienko”. Jest to kolejny utwór w którym mordewindowi autorzy opisują polskie klimaty. Moim zdaniem to bardzo dobry kierunek, bo ileż w końcu można o Irlandii.
„Jeszcze jeden dzień” posiada jedynie strzępy tekstu kotwiczące w tematyce żeglarskiej. Widać tu wyraźne odejście od klimatu morza zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. W tym drugim pozostała tylko inspiracja. Płytę kończy „Biała Mgła”. Mroczny i smutny utwór. Dudy wypełniające przestrzeń jeszcze bardziej podkreślają przygnębienie. No cóż. Nikt nie mówił, że rozstania muszą być miłe, a zakończenia szczęśliwe... „Twoje Łzy, Moje Łzy...”
Szkoda że to już koniec. Wracam do początku, a dokładnie do utworu drugiego. Z wielką przyjemnością przesłuchuję płytę po raz kolejny.
Chcąc podsumować to wydawnictwo w kilku zadaniach nie będę miał problemu. To 51 minut świetnego folkrockowego grania. Do tej pory nie było polskiego zespołu proponującego takich rozwiązań i brzmień. To świetne – melodyczne, ciekawie zaaranżowane i zagrane utwory z domieszką dobrych tekstów. Polecam ją wszystkim, którzy nie zamykają się na nowe poszukiwania i doświadczenia. To wydawnictwo dla lubiących spoglądać na ewolucję gatunku bez trwogi w oczach i przerażenia w sercu. Cieszę się słuchając tej płyty i błagam wszystkich piszących: nie róbcie z burdeli, chlania i tawernianych orgii głównych tematów piosenek, a przynajmniej tak tego nie eksponujcie.
Zespołowi gratuluję płyty, a Was drodzy czytelnicy zachęcam do zapoznania się z tym krążkiem i odwiedzenia
strony internetowej wykonawcy.