szanty24.pl > okiem bosmana > recenzje > "Szantypody" -...

wtorek, 22 maja 2012 Imieniny: Julii i Heleny

okiem bosmana: relacje | recenzje

recenzje

"Szantypody" - dziejowy tygiel


Autor: Michał Smoliński


Do najnowszego wydawnictwa Pereł i Łotrów Shanghaju  (tak jest, Shanghaju...) podszedłem bardzo nieufnie. Z dużym zdziwieniem przyjąłem płytę sygnowaną "starą" nazwą i logo zespołu, w którym gram. Coś tam o uszy mi się obiło na temat realizacji artystycznych wizji byłego frontmana "Pereł" ale, żeby od razu płyta? I to "perłowa"?

Krążek nagrany został przez byłych członków zespołu. Milczeli przez 8 lat aby powrócić (ze wsparciem kilku muzyków sesyjnych) pod starą banderą - z nowym wydawnictwem. Czy rzeczywiście nowym? Już przy pierwszym, pobieżnym przesłuchaniu płyty, odniosłem  wrażenie, że jak na nowe wydawnictwo, zdecydowanie za dużo jest tu utworów starych. "Francuzka", "Podaj mi banjo" czy "Bandera" - to wszystko można znaleźć na poprzednich płytach zespołu z "Shanghajem" w nazwie. Wygląda to troszkę tak, jakby muzycy, którzy kiedyś z zespołu odeszli, teraz koniecznie chcieli udowodnić ,że to właśnie oni są "Jedynymi i Prawdziwymi Perłami". Pomyślałem - to jest wydawnictwo polityczne. I obarczony takim skrzywieniem przystąpiłem do tej, z konieczności stronniczej, recenzji.

Co tu dużo mówić: płyta byłaby świetna, gdyby tylko muzycy skupili się na nowym, oryginalnym materiale. Zamiast uparcie brnąć w przeszłość trzeba było skoczyć do przodu. Nowe, w większości wokalno-instrumentalne utwory zachwycają nastrojowym klimatem ("Życie łotra") czy inteligentnym poczuciem humoru, wywołującym szeroki uśmiech na twarzy słuchacza ("Dziewczyna (prawie) szamana"). Jest tu kilka instrumentalnych smaczków, takich jak wpleciony w "Makabreskę" znany standard Earla Scrubbsa "Foggy Mountain Breakdown", śliczna partia sitar zagrana przez Michała Czachowskiego w "Balladzie o Wing Chang Loo" czy fragment "Kimiad" Alana Stivella w solówce "Saltpetre Shanty". Tę ostatnią uwielbiam zresztą od ukazania się płyty "On, My, Ocean" nagranej przez Qftry z Tomem Lewisem.

Dwie szkody tylko. Pierwsza że takich instrumentalnych popisów jest tak mało - po wysłuchaniu tych kilku ma się  apetyt na zdecydowanie więcej. Druga szkoda, że wszystkie te instrumentalne smaczki są  nagrane przez muzyków uczestniczących w wydawnictwie gościnnie. Rodzi to pytanie, czy kiedykolwiek usłyszymy ten materiał na żywo?

Dodatkowo uprzejmie donoszę, że znalazłem przerażający niewypał, okupujący ścieżkę numer 14 i noszący dumny tytuł "Lass that loves a sailor". To nieudolna próba podrobienia twórczości folkowych bardów w stylu Ewana MccColla. Uważajcie na ten numer.

W sumie zawartość płyty najlepiej chyba odda żeglarskie powiedzonko z czasów kliprów: "All was fish to the shantyman's net". Co automatycznie powoduje, że nie wszystkie ryby są  świeże. Ale sporo
smacznych można znaleźć.


Inną recenzję "Szantypodów" (pióra Rafała Chojnackiego) można znaleźć tutaj.

strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >

01. 11:09, 07.05.2008

Dodał: starooh   (napisanych komentarzy: 1)

Ode mnie pięć gwiazdek za to dziełko:
1 * za sam udział Beltaine'ów, których uwielbiam;
2 * za Whisky Nancy we wszystkich trzech wersjach (specjalne brawa dla wokalisty);
3 * za poczucie humoru tekściarza;
4 * za światowość tej muzyki dosłownie i w przenośni (trzeba mieć dużo odwagi, ale i wyobraźni, aby w jednym utworze pogodzić amerykańskie banjo, indyjski sitar i australijskie didjeridoo. Brawo !);
5 * dla celtyckiego barda mimo wszystko i na zachętę. Sam chropawy wokal z gitarą może by się i nie obronił, ale zestawienie go z pięknym polifonicznym chórem w tle, w ostatniej zwrotce powoduje ciary na plecach. Jeśli ten kontrast był efektem zamierzonym, to chylę czoła.

Wszystko wskazuje na to, że w połowie września przekonam się, jak chłopaki brzmią na żywo ... Szefowie mojej firmy dali się przekonać, żeby zespół zaprosić na naszą imprezę firmową, a i sam zespół ponoć już się zgodził, więc już się cieszę ...

02. 21:48, 28.04.2008

Dodał: Jelon   (napisanych komentarzy: 3)

Ja ze swojej strony tez powiem że płytka mi się podoba . Kawałków bardzo fajnych jest kilka i myślę że warto dla nich sięgnąć po to wydawnictwo .

Inną sprawą jest że dobór nazwy reaktywowanego zespołu jest chyba nie zbyt trafny ...

+4/6 :)

03. 15:59, 10.03.2008

Dodał: miecio   (napisanych komentarzy: 1)

A tam .... Czepiacie się szczegółów. Płytka w całości jest rewelacyjna !! Dawno nie słyszałem czegoś tak świeżego w tej branży. I aż wstyd się przyznać, że gdyby nie moja dziewczyna, która mi to dała do posłuchania, to pewnie bym nigdy po to świadomie nie sięgnął. Niestety nie znam poprzednich dokonań Pereł, ale po tej płycie z pewnością sięgnę po ich wcześniejsze płyty. Przy okazji zwróćcie uwagę na teksty, bo historia Dziewczyny szamana (szamanej ?) po prostu mnie powaliła :-))) Całość płyty brzmi bardzo fajnie i co najważniejsze nie nudzi. Jeśli są tu jakieś "odgrzewane kotlety", o których pisze recenzent, to najwyraźniej warto je było umieścić, choćby po to, żeby niedzielni fani szant jak ja mogli ich posłuchać. Tak trzymać !

04. 20:55, 05.02.2008

Dodał: michal.smolinski@gmail.com   (napisanych komentarzy: 2)

Dokładnie tak, sposób podania tejże pieśni mię tak zbulwersował. A dlaczego akurat skojarzenie z Ewanem McColl'em? Posłuchajcie jego płyty pt. "The Real McColl", odnoszę wrażenie, że "Szanghajom" chodziło o przywołanie takiego klimatu, ale przecież nie wystarczy zaśpiewać nierówno, nieczysto, z kiepską dykcją, kiepskim angielskawym, ale za to brzydkim dźwiękiem, żeby było "jak u starych angielskich bardów".

Pewnie trochę szydzę, ale naprawdę to wykonanie drażni moje poczucie estetyki, cóż zrobić, tak już mam...

05. 15:22, 25.01.2008

Dodał: mn   (napisanych komentarzy: 86)

Wydaje mi się, że "Miśkowi" chodziło raczej o sposób wykonania tej pieśni na płycie, a nie o oryginalny utwór. Wszak "Lass That Loves a Sailor" jest znanym kawałkiem - gdzieś mi mignęła także jego polska wersja, śpiewana przez Bogusława Nowickiego.

06. 10:29, 25.01.2008

Dodał: Taclem   (napisanych komentarzy: 48)

Michale, nie do końca rozumiem o co chodzi z komentarzem do "Lass that loves a sailor". To jest utwór starego barda, znacznie autentyczniejszego niż McColl, który jest jednak twórcą mniej lub bardziej współczesnym. Charles Dibdin (żył w latach 1740-1814) napisał ją około roku 1803 NA ZAMÓWIENIE BRYTYJSKIEGO RZĄDU. Chodziło wówczas o cykl pieśni, które podsyciłyby nienawiść do Francji, z którą Anglia miała wówczas "napięte stosunki dyplomatyczne".

strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >


UWAGA
Autorzy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników
w poniższych komentarzach. Komentarze zawierające wulgaryzmy, treści niezgodne z prawem oraz adresy reklamujące inne strony internetowe będą kasowane.

twoje konto

zaloguj się

zarejestruj się

nawigacja

ocean wiedzy

– z wiatrem

– historia

– różności

okiem bosmana

– relacje

– recenzje

kubryk

kalendarz

galeria

radio

- aac 32 kbps

- mp3 128 kbps

szanty24.pl on Facebook


Copyright © 2008-2012 szanty24.pl. Projekt: szanty24.pl Technologia: cyberstudio