Z loży szyderców
(czwartek we Wrocławiu)

Mili państwo, wyjazdowa ekipa szanty24.pl w składzie Michał Łukasz (dwojga imion) Smoliński zakotwiczyła w dzisiaj (czwartek, 28.02 AD 2008) na festiwalu Szanty We Wrocławiu.
Relację piszę na gorąco. Wprawdzie na razie (18:02) ciągle nic się nie dzieje, ale ponieważ laptop wyciągnięty i świeci, a ludzie zza ramienia patrzą, pisać coś trzeba. Czyli ogólnie udziela się atmosfera konkursu. W klubie Łykend, który od kilku lat gości konkurs, pomimo środka tygodnia, pojawiło się mnóstwo ludzi, szybko robi się gorąco. Zespoły konkursowe tradycyjnie tłoczą się w pobliżu sceny, jeszcze tylko ostatnie próby mikrofonowe i oto wszystko się zaczyna.
Konkurs prowadzi Bartek „Wypłosz” Kiszczak. Krótko, konkretnie, z werwą. Podoba się. Szybka prezentacja jury (w składzie, a właściwie w loży: Robert Gronowski (aka Gronus), Waldek Mieczkowski, Paweł Aleksanderek (aka Alex), Irek "Messalina" Wójcicki i Kuba Owczarek) i oto na scenie pojawia się pierwszy podmiot wykonawczy tego wieczoru.
„Z pompą źle i cholerna mgła”
Zaczyna „Lego” z Lidzbarka Warmińskiego. Rzuca się w oczy czapeczka basisty, wyposażona w kultowy pompon. Będą śpiewać o tym, co gra w duszy marynarza, przynajmniej tak mówią. Pierwszy numer: „Mgła”. Blues pościelowy, tekst kręci się dookoła marudzenia na temat zepsutej pompy no i cholernej mgły. Turla się, zagrany prosto, ale chrapliwy, przekonujący głos lidera wciąga w klimat.
Drugi numer – „W porcie Calao”. Znowu blues, w sumie dość podobny do poprzedniego, zresztą jak to zwykle blues. Blues sobie płynie, czapeczka basisty ciągle robi wrażenie, dziewczę operujące drugą gitarą (debiut sceniczny) z przejęciem obserwuje gryf. Właściwie jest nierówno i naiwnie, ale za to z klimatem.
„Powiedz, powiedz...”
„Placek i Przyjaciele”, czyli kolejne wcielenie wrocławskiego gitarzysty Placka (znany z formacji ZKM Wrocław, Za Horyzontem, wcześniej Róża Wiatrów). Tym razem obok niego stanęła jego żona, a usiadł niejaki Johno (również ZKM Wrocław i Róża Wiatrów). Wyjadacze znaczy się. Mimo to nie ustrzegli się kłopotów technicznych z gitarą. Gdy zaczęli, zrobiło się sentymentalnie, za to nierówno (mamy nadzieję, że jedną z nagród w konkursie będzie metronom). O miłości, o pływaniu, o zasypianiu morza, o... Właśnie, o czym? Autorskie teksty (plus) zasługują na lepszą oprawę – kłania się dykcja wokalistów (!), przydała by się też krótsza, bardziej dynamiczna konferansjerka.
„Oni zawsze żeglować będą”
Kolejny zespół na scenie wrocławskiego klubu „Łykend” to „Happy Crew” z Bytomia. W światło reflektorów wbiega tuzin młodych ludzi. Przeważa płeć piękna. A koszulki mają w paski. Poprzeczne. Zespół prowadzi Ania Górecka, znana z „Passatów”. Zaczynają autorską piosenką zatytułowaną „Tym co odpłynęli”. Prosta ballada, gra flet i gitara, osiem głosów śpiewa hołd tym, którzy odpłynęli na wieczną wachtę i nie zejdą już nigdy na ląd. Porywają ludzi, zbierają gromkie oklaski. Drugi utwór to współczesna pieśń Marka Szurawskiego „Szantymen”. Zaśpiewana prosto, surowo, ale dynamicznie. Znowu porywają ludzi do rytmicznego klaskania. Widać, że zespół prowadzony jest przez zawodowca.
„Gotowe łodzie”
„Szuwarowo Bagienni”. Radosna ekipa z Wrocławia, ludzie młodzi i pozytywni. Zaczynają od klasycznej pieśni wielorybniczej „Grenlandzcy wielorybnicy”. Śpiewają a'capella, ale z dziwną manierą, sztywno i tak jak gdyby chcieli brzmieć jak śpiewacy klasyczni, niestety nie posiadając umiejętności tych ostatnich. Potem „Jasnowłosa” - przy akompaniamencie tzw. gitary Św. Wita. W połowie utworu rezygnują z akompaniamentu, po czym niestety intonacja opada o pół tonu i próba użycia ww. gitary w dalszej części piosenki musi spalić na panewce. Nie zdarza się najlepszym.
„Zawsze jest jutro”
„ZKM” - co ponoć nie oznacza skrótu Zakładu Komunikacji Miejskiej, to kolejni reprezentanci miasta Wrocław. Skrzypce, bas, gitary, bębny. Pozytywny hałas w stylu „Zabijać, gwałcić, kraść”, najlepiej na dużą scenę, za który odpowiada trzech członków byłej „Róży Wiatrów” (Kisiel, Johno i Placek). Niestety tekst nie dociera, perkusista musi się jeszcze sporo nauczyć o graniu w małych klubach, a wokalista o podawaniu tekstu najeżonego spółgłoskami. No, ale, jak śpiewają, zawsze jest jutro i można poćwiczyć. Coś jeszcze? Podobają się fiddle, skrzypaczka gra dynamicznie i bardzo tradycyjnie zarazem.
„Pracuj tak, byś nie czuł rąk”
„Lewiatan” z Polic. Czterech chłopa, śpiewają a'capella, a to rzadkość ostatnimi czasy. „Mój ojciec” – taki tytuł nosi pierwszy utwór. Stylizowany na tradycyjną szantę, zaaranżowany troszkę przypadkowo, ale mocne głosy rekompensują to znakomicie. Drugi utwór to „Żeglarski los” – tutaj słychać, że chłopcy szukają, ale słychać również, że zanim znajdą, minie jeszcze trochę czasu. Niemniej jednak zespół się podoba i słychać, że mają ambicję, aby pracować.
Następna formacja to „Własny Port” z Bydgoszczy. Dwóch gitarzystów i basista – stoją, akordeonista zaś siedzi, co daje łączną kwotę czterech muzyków. Pierwszy utwór chyba nie ma tytułu (albo nie dosłyszałem), ale ponoć to historia prawdziwa. Zawsze to jakaś rekompensata. No i ciągle te problemy z podawaniem tekstu, tak, żeby był zrozumiały. Drugi utwór (o kulawym Joe), klimatem przypomina piosenki Atlantydy, słucha się go bardzo przyjemnie. Tym razem przynajmniej refren dało się zrozumieć. Podoba się gra basisty i akordeonisty.
„Czorny rum”
I znowu reprezentacja Wrocławia: „Znienacka Project”, czyli nowa formacja Wypłosza. Na początek prezentują „Połów” - spokojną, autorską balladę, z malutkim, ale zachwycającym celtyckim momencikiem w postaci miksolidyjskiej kadencji na końcu refrenu. Drugi utwór, to będący kompletnym przeciwieństwem pierwszego, dynamiczny i żywiołowy „Czarny rum”. I znowu zachwycają – tym razem najbardziej podobają się fiddle – skrzypaczka - Ania Dębicka (na zdjęciu) gra tak, że ze smyczka leci włosie, a szczęki powolutku opadają.
„Ojcze rzek, któż bieg twój zmierzy...”
„Dziewczyny z Saint Jones” ze Żmigrodu. Kapela składa się z dwóch młodziutkich wokalistek i nieco starszego gitarzysty-harmonijkarza ustnego (Robert Kolebuk znany z wrocławskiej kapeli „Pod masztem”). Zaczynają od „Shenandoah”. Od razu słychać wokalne przygotowanie dziewczyn. Mocne, bardzo kobiece, rozrywkowo ustawione głosy, równe wibrato. Aż miło słuchać, szkoda tylko, że gitarzysta gra jakoś tak ogniskowo. Ale oto drugi utwór - „Fale” Andrzeja Koryckiego. I tutaj czapki z głów. Muzyka płynie, ludzie zaczynają się kołysać, głosy wciągają w opowieść.
„Ram tam tyj, ram tam tyj...”
„Alfabet Morsa” z Płocka. Faktycznie, Morsy na oko, dominuje humor przaśno-biesiadny, jak sami o sobie mówią, trafili na konkurs przypadkiem i nie wiedzą, czy umieją grać. Szybko okazuje się, że nie była to sceniczna skromność, ale rozbrajająca szczerość. Prezentują marne ska skrzyżowane z niemieckimi heimat melodiami w stylu „Die Flippers” do tego okraszone stodolaną polką. A stosunek ilości muzyki (nie hałasu) do ilości muzyków też nie wypada zbyt dobrze...
„Szeroki słony oddech morza”
I jak mawiają mieszkańcy Zielonej Wyspy, „last but not least” - zespół „Indygo” z Gliwic – młodziutki chór żeński prowadzony przez Dominikę Płonkę, znaną z gliwickich „Sąsiadów”. Śpiewają w stylu celtyckich formacji „Anuña” i „Mediæval Bæbes”. Pierwszy utwór zaczynają niepewnie, ale szybko się rozkręcają. Śpiewają, aż ciarki przechodzą... Następnie prezentują znaną szantę kabestanową „Chwyć za handszpak”. Surowe, mocne brzmienie powoduje, że utwór brzmi autentycznie a zarazem ciekawie, pomimo tego, że śpiewany jest przez kobiety.
A oto werdykt jury:
1 miejsce: „Znienacka Project”
2 miejsce: „Happy Crew”
3 miejsce: „Lewiatan”
Wyróżnienia: „Własny Port” i „Dziewczyny z Saint Jones”
W sumie konkurs był bardzo ciekawy, sporo dobrej muzyki, kilka obiecujących zespołów, w mojej opinii bardzo sprawiedliwy werdykt jury. Jedynym negatywnym akcentem było skandaliczne zachowanie członków grupy „Alfabet Morsa”, którzy po ogłoszeniu wyników konkursu oblegli Messalinę i krzyczeli, że konkurs był z góry ustawiony. Bardzo nieładnie.
Fot. Tomasz "Emeryt" Lenard