Wrocławski początek (środa we Wrocławiu)
Autor: Reporterzy szanty24.pl

Dziewiętnasty festiwal „Szanty we Wrocławiu” uważam za otwarty - powiedział we środę wieczorem w Łykendzie Bartek Kiszczak, czyli Wypłosz. Pierwszy koncert festiwalu już za nami. Cumy rzucone!
Rafał „Zielak” Zieliński:
Było bardzo lokalnie: na scenie pojawiły się wyłącznie wrocławskie zespoły, a w klubie publiczność ze stolicy Dolnego Śląska, która szczelnie wypełniła Łykend. Na widowni pojawiło się też kilka osób spoza Wrocławia, zwiastuni rychłego najazdu żeglarskiej publiki na „miasto stu mostów".
Muzycznie festiwal zainaugurowało trio Betty Blue - w klubie zrobiło się poetycko, autorsko, kameralnie i...błękitnie.
Po „niebieskich" set swoich piosenek zaprezentował zespół Pod Masztem, a po przerwie na scenie pojawiło się jedno z najmłodszych dzieci wrocławskiego środowiska szantowego, czyli trio Znienacka.
Krótki staż zespołu to tylko pozory, tworzą go dobrze znani żeglarskiej publiczności: wspomniany Wypłosz, grająca na skrzypcach Ania Dębicka („Emolka") i Sławek Cygan. Wyżej wymienieni udzielali się wcześniej w kilku innych wrocławskich zespołach, jak: Za Horyzontem, Róża Wiatrów i Orkiestra Samanta. Teraz pod szyldem Znienacka wracają na szantowe sceny, na razie posiłkują się standardami (w repertuarze mają między innymi „Jasnowłosą" i „Balladę o Wszechżonie") stopniowo zastępując je własnymi kompozycjami.
Na zakończenie pierwszego dnia festiwalu z folk-rockowym przytupem zagrała Orkiestra Samanta. Ostatni tancerze zeszli z parkietu grubo po północy.
Wrocław - miasto klimatyczne i wyjątkowe.
Bartłomiej "Wypłosz" Kiszczak:
Cóż ...jak co roku pozostaje pod wrażeniem naszej niesamowitej, wrocławskiej publiczności.
Ci ludzie są niezniszczalni. Już pierwszego dnia dali z siebie naprawdę dużo, a jestem pewien – i doświadczenie to potwierdza – że, to dopiero rozgrzewka ...
„Betty Blue” w składzie : Ela Kołodziejczyk z stowarzyszeniem męża – Pawła Kołodziejczyka – oraz basisty Bartka Gielzaka, w czasie prawie godzinnego występu uraczyło publiczność swoim błękitnym klimatem. Z roku na rok wokal Eli staje się wspanialszy. Przemyślane aranżacje utworów oraz autorskie teksty sprawiają, że muzyka spływa na widownię jak czar.
„Pod Masztem” – małżeństwo Robert Kolebuk, Katarzyna Waryas-Kolebuk i trójka muzyków: Wojtek Kłodnicki oraz Mateusz Solarek i Monika Orlikowska. „Spotkajmy się wszyscy po wachcie pod masztem, jak to robili żeglarze przed wieki....” – ta dewiza zespołu przyświeca ich twórczości od paru dobrych lat. Potrafią zaśpiewać o wszystkim co z wodą związane: od „kapitanowania” przez składanie masztów do refleksji dotyczących zmian klimatycznych. Wszystko to podają w swój jedyny, niepowtarzalny sposób. Sposób, który powoduje, że publika nie może pozostać obojętna.
„Znienacka Project” oraz „ZKM”. Koncert „Znienacka Project” z racji osobistego zaangażowania autor niniejszej relacji pomija w swoim sprawozdaniu. W imieniu zespołu w składzie: Anna „Emolka” Dębicka, Sławomir Cygan i – piszący te słowa – Bartłomiej „Wypłosz” Kiszczak mogę jedynie podziękować klubowej publiczności za – jak zwykle – wspaniałą atmosferę tego wieczoru.
„Orkiestra Samanta” – najgłośniejszy wrocławski zespół z racji nie tylko poziomu decybeli, ale również stażu i dokonań na przełomie wielu ostatnich lat. Polska wersja Jożina (NadReaktor Rafał „Zielak” Zieliński) oraz głównodowodzący „Z Bażin” (Paweł „Alex” Aleksanderek) ze stowarzyszeniem niezastąpionej orkiestry: skrzypaczki Alinki Korobczak-Sosna, perkusisty ze słuchawkami Radka Jędrasia i basisty z ... basem – Krzysztofa Labaz.
Zespół, jak to ma już od dawna w zwyczaju, poderwał publikę do szalonej zabawy. Grupa taneczna wykonywała wszystkie możliwe układy. Kolega NadReaktor Zieliński we wspaniałym jak zwykle duecie ze skrzypaczką Alinką podpowiadali tancerzom coraz to odważniejsze figury. Było Orkiestrowo i Samantowo.
Okiem Kobiety. Ela Kołodziejczyk:
Środowy koncert upłynął pod znakiem pierwszych wspomnień z Wrocławskich Szant, o które nasz niestrudzony i znany ze swojej swady konferansjer pytał przedstawicieli kolejnych wchodzących na scenę zespołów. Mnie najbardziej spodobała się odpowiedź Zielaka z Samanty: „Świadome wspomnienia? Do tej pory nie mam takich ;)” Ale przejdźmy już do wrażeń muzycznych…
Hasło „Wrocław żąda dostępu do morza” Betty Blue poszerzyła o apel „Więcej żagli”, a potem był już rdzennie błękitny repertuar autorski (w tym również utwór instrumentalny „Z wiatrem” oraz nowa piosenka pt. „Oceanie”, która miała premierę tydzień wcześniej na krakowskich Shanties). O samym występie trudno mi się wypowiadać, gdyż z wiadomych względów nie dane mi go było posłuchać „z zewnątrz”.
Kiedy już wybrzmiał ostatni refren „(Bardzo dydaktycznej) Piosenki o rzucaniu i łapaniu”, na scenie zainstalowała się ekipa „Pod Masztem”, uderzając publiczność najmocniejszą (moim zdaniem) bronią: utworem pt. „Chuda Julka, czyli zemsta pomywaczki” (świetny tekst i ciekawa, pełna nieoczekiwanych zmian rytmicznych, aranżacja!). Po „Julce” zabrzmiały inne znane i lubiane piosenki „spod Masztu”, których większość (jak wyznał z wdziękiem Robert Kolebuk, niekwestionowany lider i twórca repertuaru) mówi o nim samym… Pożegnali się śliczną „Balladą o Bełdanach”, na których „znajdziesz zatoczki, gdzie każda łajba wchodzi z łatwością” (fakt, osobiście to sprawdziłam!)…
… po czym na scenie Znienacka pojawił się Wypłosz, starając się pogodzić rolę konferansjera z rolą wykonawcy. Przywitali się „Jasnowłosą” (z bardzo oryginalnym klimatycznym wstępem), po czym zaproponowali kilka znanych żeglarskich przebojów (m.in. „Mathew Anderson” czy „Ballada o wszechżonie”), przeplecionych piosenkami do własnych tekstów i muzyki zaczerpniętej m.in. od Great Big Sea. Mnie szczególnie urzekł utwór z tekstem Sławka i przez niego śpiewany, anonsowany jako „piosenka o uczuciach”, której tytuł prawdopodobnie brzmi „Od Bostonu do St. Jones” (apel do zespołu: podawajcie ze sceny tytuły kawałków!). Przy okazji tej piosenki pomyślałam sobie, że gdybym ja miała w zespole taki wokal jak wokal Sławka, wykorzystywałabym go znacznie częściej… Jednym z najpiękniejszych punktów występu Znienacka była wg mnie wersja „Halaba-luby-ley” (z pięknym instrumentalnym zakończeniem), a numerem jeden „Ławice New Foundland” (wspaniałe operowanie dynamiką, świetna harmonia wokali i fantastyczne solo skrzypcowe Emolki!).
Wieczór zakończył „Samant ze swoją orkiestrą” ;) Jak zwykle zagrali dynamicznie i z przytupem, choć nie brakowało także utworów spokojniejszych, takich jak reggowe „Morze”, czy nostalgiczne „Rejsu dni” w rytmie bossanowy. Tym ostatnim kawałkiem oraz piosenką „Piliśmy” (wzbogaconą zaśpiewem… Jozina z Bazin ;) Orkiestra Samanta wpisała się we wspomnieniowy klimat koncertu, sięgając do repertuaru z czasów legendarnej mekki wrocławskich szantymenów, czyli Portu Samanta. Nie obyło się oczywiście bez bisu. Alex z kompanią pożegnali się jednym ze swoich największych przebojów — „Oceanem”. Padła też ze sceny radosna wieść, że już niedługo światło dzienne ujrzy nowa płyta zespołu, nagrana ponownie z francuską formacją Les Dieses. Trzymamy za słowo i czekamy z niecierpliwością!
Dzisiaj jeszcze przed nami:
godz. 18.00 – Klub Łykend Przesłuchania konkursowe, do których w bieżącej edycji festiwalu zakwalifikowano 11 zespołów.
godz. 21.00 – Klub Łykend
Podczas koncertu ogłoszony zostanie werdykt jury konkursu, a laureaci będą mogli zaprezentować się na scenie przed publicznością, w towarzystwie starszych kolegów – laureatów wrocławskiego festiwalu: zespołów Drake, Za Horyzontem, Sąsiedzi. Bilety: 10 zł.
Foto: Jarosław Skoś