szanty24.pl > okiem bosmana > relacje > Jej Wysokość Szanta...
Autor: Marek Wikliński
25.09.2009, g. 8:35

Znów daleka droga
Przyjechaliśmy po kilkunastu godzinach podróżowania samochodem. Dystans 1100 km budził szacunek i rzeczywiście na tak długim odcinku niejedno mogło się zdarzyć. Nam szczęście sprzyjało i nasz skromny 2 pojazdowy konwój dotarł zgodnie z planem na miejsce w jednym, a właściwie w dwóch kawałkach.
I tu należy uczciwie powiedzieć: wysiedliśmy z aut, aby już wsiąść do nich jako inni ludzie.
Otóż trafiliśmy do jakby… krainy szant. Czy to miejscowi pochowali się w domach, czy to dołączyli do międzynarodowej zbieraniny muzyków – dość, że na ulicach widziałem tylko swojsko wyglądających "braci i siostry w szancie". Gdzie nie spojrzałeś – to jak nie instrument, to czapeczka marynarska, koszulka z nazwą okrętu lub festiwalu albo przynajmniej sztuczna broda przebierańca – bo i tacy byli. Wiadomo- Holandia…
Małe miasteczko (kilkanaście tysięcy mieszkańców) pokrojone kanałami, pozszywane zwodzonymi mostkami, ze stareńkim ryneczkiem i ogromnym kościołem. Nawet niektóre z domków jakby… "szły w przechyle" - tak je powykrzywiały stulecia. Ogólne wrażenie: schludne, małe, ciasnawe i bardzo sympatyczne miejsce.
Nie szczędź sił, dzisiaj jest nasz dzień, bum bum bum…
Po krótkim (1,5 h) odpoczynku "zacząć trza było nam". Pojechaliśmy na pierwszy koncert . Przywitał nas deszcz, taki jeden pan z kebabu i techniczni ze sceny. Popatrzyliśmy na to, wzruszyliśmy ramionami i - do pracy, rodacy! Po chwili zaczęliśmy grać. Nooo... na pewno bardziej zainteresował się deszcz, bo już nie siąpił tylko walił jak z wiadra. No fajnie. Wycofujemy instrumenty z pola rażenia, patrzymy na siebie, na technicznych i – gramy dalej. He ! Warto było: pogoda zmieniła się zanim Czarna Maryśka podała "kolejkę dziewiątą" i dalej już było fajnie: pokazały się Danielle i Dominique – dwie wspaniałe Francuzki, które zaczęły tańczyć do naszej muzyki na trotuarze, techniczni okazali się zespołem "Les Souilles de font de Cale" z Bretanii, ludzi nagle zebrało się całkiem, całkiem (to już oznacza "dwucyfrówę") i pierwszy nasz koncert w Appingedamm potoczył się szybko i – skończył nagle. Bo właśnie do głosu doszła sumienność i porządek organizatorów, którzy "Już! Już! Już!" zaczęli instalować następnych pieśniarzy. Nie powiem – byliśmy lekko zdumieni, że pośpiech i w ogóle. Ale gdy zobaczyliśmy jak ten holenderski wiatrak szantowy się kręci – to nic dziwnego. Otóż:
dwadzieścia jeden zespołów plus paru "partyzantów" spoza plakatu (tacy fajni Irlandczycy na przykład z Waterford) MUSZĄ się jakoś pomieścić w tym niewielkim w końcu miasteczku. Muzyka dobiegała praktycznie z każdego kierunku. Scen było (nie licząc tych kilku gorszących) jakieś dziesięć: w pubach, restauracjach, na skwerze, na pływających barkach, w kościele i po prostu na ulicy. Zespoły przebiegały dzikim truchtem z krańca na kraniec starego miasta i czasem nawet przysłowiowego piwa się nie dało wypić. Z upływem czasu publiczność zaczęła wyrabiać sobie taki czy inny gust i biegała za zespołami. Nie wyobrażam sobie jak można w takich warunkach porządnie spakować i rozpakować choćby ten podstawowy zestaw perkusyjny? Może wyjściem jest instalacja od razu dziesięciu?
Sigurd, a my razem z nim
Ale te problemy zostawmy muzykom. Szantymeni mężnie spalali kalorie na scenach i pomiędzy nimi, czasami z przedziwnym skutkiem – jak choćby litościwie niewymieniony z narodowości rodowity Wiking, śpiewający "All for me grog" z takim zaangażowaniem, że ostatnią zwrotkę wykonał w samych slipkach, wywołując lubieżne uśmiechy na licach dostojnych pań odbierających program artystyczny w sali szacownego hotelu (wejście tylko w krawacie). Zaproszony grałem w trzecim rzędzie tego muzycznego batalionu nordyckiego i zastanawiałem się co będzie jak już wszyscy wpadną w podobny szał… Ale "gramy dalej, nic nie było" - zwyciężyła dyplomacja. Potem było następne śpiewanie i następne…
I went to church I went to chappel, pull down below!..
W pewnej opozycji był koncert w kościele. Ta ogromna budowla traktowana jest z charakterystyczną swobodą raz jako świątynia, raz jako sala koncertowa, a potem jako stołówka. Sprawdzała się każdorazowo świetnie. Pobrałem tam nawet posiłek regeneracyjny dla wykonawców (zjadłem w ogrodzie), polecaną mi zaś jako atrakcję turystyczną kościelną toaletę z wejściem pod chórem obejrzałem ostrożnie z daleka. No tak: Holandia.
Ale koncert. Koncert w tym kościele był absolutnie wspaniały. Bez nagłośnienia, bez mikrofonów ze skupioną publicznością. Głos śpiewaków niósł się po najdalszych zakamarkach, snuł jak dym z kadzidła, pobrzmiewał ostrzejszymi tonami jak morały ciskane z ambony. Każdy z siedzących w ławkach mógł mieć wrażenie, że śpiewa się prosto do niego. Że prosto na niego patrzy. Taka to potęga architektury i taka siła tego miejsca. Jak wspaniale zabrzmiały tam pieśni Banana Boat – to trudno powiedzieć jednym słowem. Nieczęsto słyszane "Requiem" autentycznie wyciskało łzy, chorwackie ‘Projdi vilo’ (niezależnie, co o nim mówią same Bananki, te stare dranie) brzmiało romantycznie i lekko. Poezja. Czy to ich kunszt, czy to ezoteryczna aura świątyni, nie wiem. Ale wiem, że zadziałało wspaniale.
Ale nie oni jedni tam byli. Śpiewał Four’n’Aft, Richard Grainger, Sąsiedzi, Armstrong’s Patent zaś chłopaki z Young’uns przeszli samych siebie – zaśpiewali samotrzeć ballady (o ile zrozumiałem ten ich kwadratowy angielski) z dalszych okolic morza, ale (słuchajcie, bo nie będę powtarzał, bowiem sam nie rozumiem co piszę) z jaką siłą!! Z takimi powolnymi ale jakby namalowanymi przez impresjonistę harmoniami, że z miejsca się poczułem jakby pewniej, bo: w dole na ziemi. Miejsce nad nią zajmowali Oni. Trzy tylko głosy, trzy, ale dzięki temu mogliście ja prawie widzieć, jak się przecinają w dziwnych muzycznie punktach, jak momentami wzmacniają, jak co jakiś czas robią dźwiękowe kolorowe fajerwerki po to, by w ostatnim przejmującym akordzie buchnąć jasnym unisono i to takim, że echo jeszcze ze dwa razy odpowiedziało zanim publiczność grzmotnęła oklaskami i – powstała z miejsc! Nie powiem, czasem widuje się takie rzeczy ale: to zawsze jest wielka przyjemność. I tam możecie na taką liczyć. Amen.
Już od samego rana, bo żeglarz lubi flachę swą…
(to będzie krótka, wyrazista opowieść)
Aby nie roztrwonić tych niemalże ekstatycznych przeżyć, postanowiłem wypróbować swoją silną wolę. Przechodząc obok pubu pomyślałem: "A właśnie, że tak! Wejdę tam i zrobię się na ciężki kisiel". Okazało się, że silna wola jest jak najbardziej w moim zasięgu, o czym mogłem pomyśleć już nazajutrz :).
Pieśni pożegnalny ton...
Co tu więcej opowiadać? Miasto, kanały, port, barki, zespoły, ludzie i te całe szanty wszędzie dookoła. Gdyby ktoś miał ochotę na ‘’raj szantymena’’, ale taki w wersji ‘’trial’’ – to niech zakreśla na przyszły rok termin w kalendarzyku (tym co trzeba), niech załatwia jakiś niewielki autobus, niech zbiera załogę i - w drogę! Może się spotkamy i niezależnie od tego co sądzimy o różnych tam definicjach i stylach – wierzę, że pogodzi nas jakaś zupełnie na pałę wybrana szanta: może będzie miała sto lat, a może dziesięć ale zaśpiewamy ją razem. Bo tylko o to w tym wszystkim naprawdę chodzi.
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01. 10:32, 15.11.2009
Dodał: Gaja8002 (napisanych komentarzy: 1)
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
Z serca Częstochowy - koncert charytatywny 05.12.2011 16:31Inicjatywa zorganizowania charytatywnego koncertu wyszła od muzyków...
Port Pieśni Pracy okiem binabik-a (2011-08) 22.09.2011 2:54„Widzę w Twoich oczach strach, powiedz czy to jeszcze miłość...