Gwiazdy, Żółtodzioby i walizka Szkota
(patronat szanty24.pl)
Autor: Aleksandra „Pola” Jędrzejec

„Wszystko wydaje się niemożliwe tym, którzy niczego nie próbują”- tak myślałam jeszcze do niedawna. Prowadzenie imprezy dla najmłodszych - proszę bardzo, w końcu pedagog ze mnie pełną gębą, a tym, co cieszy mnie najbardziej, jest widok uśmiechniętych i zaciekawionych dziecięcych buziek. Ale koncert gwiazd - poważna sprawa. Czy dam radę? Czy potrafię zainteresować publiczność? Czy wykonawcy zostaną przedstawieni we właściwy sposób? Takie wątpliwości targały mną, gdy dyrektor MDK nr 1 w Bytomiu, Irek Herisz, zaproponował mi prowadzenie piątkowego koncertu, odbywającego się w ramach Wiosennego Szantowiska.
Na szczęście nie pozostawił mnie samej na polu walki - w rolę drugiego konferansjera wcielić miał się Juliusz „Bufet” Krzysteczko (BRASY). Dwoje jakże młodych i pięknych, lekko stremowanych, ale i odważnych Żółtodziobów Zapowiadaczy, punktualnie o godzinie 18 rozpoczęło ostatnią z zaplanowanych atrakcji bytomskiego festiwalu. Sześciu wykonawców, cztery godziny dobrej muzyki, wspaniała i skora do zabawy publiczność, słowem - kawał dobrego koncertu.
Ale zacznijmy od początku. Jako pierwsi na scenę wbiegli, rozsadzani młodzieńczą energią bohaterowie szantowego musicalu, czyli Happy Crew. Przejęci tak ważną chwilą, jaką jest występ przed dorosłą publicznością, w dodatku w otoczeniu „starych szantowych wyjadaczy” - spisali się na medal. Większość utworów wykonywana a capella, rewelacyjne brzmienie, siła i radość bijąca od członków zespołu oraz, podkreślana już niejednokrotnie, przemyślana konferansjerka sprawiły, że cała sala jak jeden mąż wyklaskiwała rytm, nadany przez basmena grupy. Pokazali, na co ich stać. Droga Załogo - oby tak dalej!
Kolejni na estradę wkroczyli najmłodsi stażem spośród gwiazd tego wieczoru, gospodarze Szantowiska - Brasy. Zespół powstał w listopadzie ubiegłego roku, ale na swoim koncie ma już kilka ważnych występów, m.in. na zimowej edycji Portu Pieśni Pracy w Tychach, na festiwalu Kopyść w Białymstoku (nagroda Grand Prix) czy na łódzkim Kubryku. Panowie wraz z irlandzkim szantymenem, Pat’em Sheridan’em, przygotowują obecnie materiał na swoją debiutancka płytę, której osobiście nie mogę się już doczekać. Szanta klasyczna (również własne utwory) w doskonałym wykonaniu, ciekawe aranżacje, świetnie zgrane głosy to niezaprzeczalne atuty Brasów. Publika oraz zgromadzeni w kuluarach wykonawcy słuchali z uwagą i podziwem wymalowanym na twarzy recitalu zespołu. Bardzo podoba mi się to, że wszyscy członkowie zespołu mają swoje wokalne, przysłowiowe „5 minut” - nie istnieje sztywny podział na frontmena i resztę grupy bo „każdy Bras dał głos choć raz”. Zebrali uzasadnione, gromkie brawa.
A teraz zaczynają się schody, bo oto pojawia się Passat, który mam zaszczyt współtworzyć. Niemożliwym jest opisanie przeze mnie wrażeń słuchaczy, więc opowiem, jak to było po mojej stronie mikrofonu. Cudownie reagująca publiczność, aktywny Akustyk i Pan Od Światła, pomocne Happy Crew (zaśpiewali i… odtańczyli passatową „Marchete”) i widok znajomych twarzy w pierwszym rzędzie sprawiły, że bawiłam się cudnie na własnym koncercie (sic!). Z chęcią dowiem się, jakie wrażenia odniosła szanowna publika, więc zapraszam wszystkich, o których mowa do uświadomienia Poli.
Lecimy dalej… zespół legenda, pierwszy bis tego wieczoru, szał na scenie, szał pod sceną, czyli Ryczące Dwudziestki. Mimo okrojonego składu (nieobecny Andrzej "MARTINEZ" Marciniec) porwali wszystkich do tańca i wspólnego śpiewania. Dowiedziałam się, że w każdym domu jest miejsce na wieloryba, wysłuchałam urzekającego głosu Sępa, podziwiałam sprawność dykcyjną zespołu i wypełniające salę pod sam sufit, mocno wibrujące dźwięki, które sprawiał Yasieq. Publiczność rozgrzana do czerwoności zażądała bisu i życzenie jej stało się dla Ryczących rozkazem. Tym razem Konferansjer nie miał siły przebicia, mimo dzierżonego w dłoni mikrofonu.
Następny wykonawca to bezpośredni łącznik Bytomia z morzem czyli EKT Gdynia. Wydra ze swoim charakterystycznym „lekko ochrypniętym”, żywiołowy jak zwykle Messalina, rzucający nad wyraz uroczym ciałem w szale uniesień muzycznych po całej scenie (dobrze, że był trzymany przez tamburyn) i sytuacja jak z piosenki: „cała sala śpiewa z nami”. W tej kwestii nie zazdroszczę chłopakom z Gdyni - nie ma chyba miłośnika piosenek żeglarskich, który nie znałby na blachę słów hitu „Morze, moje morze”. I weź tu się pomyl człowieku w tekście tak, żeby nikt się nie zorientował- w tym przypadku: niewykonalne. Na szczęście żadnych wpadek nie zanotowałam. Biedny Wydra zerkał ukradkiem na ilość zapisywanych przeze mnie podczas koncertu stron i uśmiechał się prosząco… a ja pisałam tylko po wielokroć: świetnie, świetnie, świetnie. I znów żądna większej ilości utworów publiczność skandowała: EKT EKT, lecz - niestety - wizja długiej drogi powrotnej zmusiła zespół do wykonaniu jedynie ukłonu. Nadrobimy następnym razem.
I ostatnia gwiazda, wisienka na torcie, kwintesencja tego, co w szantach najlepsze- Mechanicy Shanty. Nie trzeba ich przedstawiać, nie trzeba opisywać jakie emocje wzbudza ich muzyka, ale trzeba ich pochwalić. Niezmiennie doskonali, nadzwyczaj błyskotliwi, niezwykle skrupulatni, jak sami twierdzą - potrafią nawiązać nić lub choć niteczkę porozumienia z każdym Panem Akustykiem (tego zazdroszczę). Usłyszałam „u źródeł”, że wszystko, co jest o nich mówione, jest prawdą. Tej wersji będę się trzymać.
A w centralnym punkcie sceny - walizka Szkota. Po skończonym koncercie próbowaliśmy z kolegą Bufetem przebić się przez tłumne okrzyki i gorące brawa jak się domyślacie - bezskutecznie. I nagle z pierwszego rzędu, z ust Joanny Włodarek, znanej jako Zgaga, padły słowa: „Szkot zapomniał walizki… dawać mi ją tu!”. Jak powiedziała, tak uczyniła. Jednym zwinnym ruchem Aśka ruszyła w kierunku zaskoczonych Konferansjerów i porwała trofeum. Widownia oszalała. Zapominalski Mechanik czym prędzej powrócił na właściwe sobie miejsce gdzie okazało się, że w życiu łatwo nie jest: coś za coś. Nie wyobrażam sobie, żeby w ramach odkupienia fanta, na zakończenie bytomskiego festiwalu mogła zabrzmieć inna pieśń niż słynne „Miasto”. Cudownie.
Jeżeli Was tam nie było- żałujcie i już dziś szykujcie się na przyszły rok. Ja ze swojej strony dziękuję wszystkim - za wyrozumiałość, cierpliwość, zaufanie, pomoc i znoszenie Poli godzinami- tylko nieliczni to potrafią. Zmęczona, ale i wielokierunkowo spełniona pozdrawiam Was ciepło!
Fot. Marta Kusińska, Agnieszka Szymańska