szanty24.pl > okiem bosmana > relacje > Klasycznie(Shanties,...
Autor: Joanna "Lorka" Tomczak
21.02.2009, g. 0:23

Godzina 17.55, sala Rotundy zapełniła się już jakiś czas temu koneserami dawnej pieśni pokładów i kubryków. Nie bez przyczyny, bowiem właśnie za chwilę rozpocznie się koncert szanty klasycznej – „Znów popłynę na morze”. Dzisiejszy recital przygotował zespół Ryczące Dwudziestki. Iiiiii.... 18.00! Na scenie pojawia się Andrzej Qńa Grzela, maestro dzisiejszego wieczoru, wielki opowiadacz. A o czym mówi? Krótka historia szant, krótka historia festiwalu Shanties, kilka informacji o konkursie na najlepszą premierową piosenkę i już: zaprosza na scenę Brasów, laureatów styczniowego konkursu Shanties.
Brasy zdecydowanie odwołują się do tradycyjnego sposobu śpiewania na żaglowcach w okresie świetności tych ostatnich. To co odróżnia ich od ówczesnych żeglarzy to doskonałe zgranie głosów w śpiewie a capella, co najbardziej chyba słychać w Hard Times. Prezentują tradycyjne pieśni, zarówno anglo- jaki polskojęzyczne. Dzisiaj zaśpiewali między innymi Sally Oh, Captain Captain (które znalazły się też na ich debiutanckiej płycie), przypomnieli też Lowlands Low i Emmę. Nowością w ich repertuarze była piosenka zaczerpnięta z trzeciej części Piratów z Karaibów – pierwszy utwór w filmie, pieśń śpiewana przez skazańców tuż przed powieszeniem. Myślę, że tym występem chłopcy z Bytomia ostatecznie udowodnili, że mimo krótkiego stażu zespołu jako całości, do grona najlepszych sceny szantowej nie trafili przypadkowo. A aplauz publiczności i bis na jej żądanie tylko ten fakt potwierdziły.
Simon Spalding, zgodnie z życzeniem Qni, został przez publiczność powitany taką owacją, „żeby mu gacie spadły”. Niestety Simon nie zna polskiego, więc gacie mu nie spadły. Aaaa, jednak zna (ale chyba nie na tyle, żeby zrozumieć kawałek o gaciach), bo przywitał się w naszym ojczystym języku i stwierdził, że jest bardzo szczęśliwy, bo znów jest na „najlepszym festiwalu szantowym na świecie”. Całą konferansjerkę poprowadził zresztą po polsku. I znów powiało tradycją, taką żywą i głęboką, którą niestety trudno czasem znaleźć wśród rodzimych wykonawców, boć przecie nie nasza ona. Niesamowite jest do czego może doprowadzić publiczność jeden człowiek ze skrzypcami – cała sala śpiewała angielski refren, którego nas nauczył. Podobnie było kiedy zaśpiewał Weldon – pieśń, którą wykonywał 11 lat temu na tym samym festiwalu i która zainspirowała R20 do zaaranżowania jej w nieco inny sposób i wprowadzenia na polski rynek. Wraz z Simonem zaśpiewał ją na scenie frontmen Ryczących.
Qftry ze Szczecina (na zdjęciu) to zespół, który długi czas był nieobecny w południowej Polsce. Tę passę przełamał dopiero tegoroczny zimowy Port Pieśni Pracy, a teraz właśnie Shanties. A po wysłuchaniu ich stwierdzam autorytatywnie, że dobrze się stało, bo pieśni wykonywane przez Qftry to kawał dobrego szantowego grania – Poor old horse, gdzie „and we said so, and we hope so” brzmi i drży wszędzie, w tym w stopach, naprawdę powala na kolana (nie wiem jak te stopy i kolana sobie z tym radzą, całe szczęście siedziałam). Pięciu przystojnych mężczyzn zaśpiewało głównie po angielsku, ale znalazł się też jeden polskojęzyczny rodzynek. Wszystkie równie rozkołysane, jako i publiczność, która zdecydowanie domagała się bisu, który też dostała.
Po występie szczecińskiej formacji na scenie pojawiła się Monika Szwaja w towarzystwie Jolanty Koryckiej, Wojciecha Sępa Dudzińskiego (R20) i Grzegorza Opalucha (Qftry). Okazją do ich wspólnego występu na deskach Rotundy była promocja świeżutko wydanej płyty zawierającej irlandzkie i angielskie ballady. Polskie teksty do nich napisała pani Monika, zaśpiewali je Jolanta Korycka i Wojciech Dudziński, a zaaranżował Wojciech Opaluch. W zeszłym roku można było zakupić książkę Moniki Szwai „Dziewice do boju” z dołączoną płytą z 10 utworami. Dzisiaj promowany krążek zawiera te same piosenki plus 4 dodatkowe.
Teraz na scenie Prawdziwe Perły, z nietypowym na scenach szantowych instrumentem. Frontman, Adam Saczka, usiadł dzisiaj za fortepianem elektrycznym, zwanym popularnie „parapetem”. Mimo, że zwykle śpiewają przynajmniej kilka kawałków a capella, dzisiaj zdecydowali się przedstawić jedynie utwory podparte instrumentalnie, a wszystkie one są nowościami. Pierwszy z nich, Pieśń Galernika, to między innymi popis Michała „Miśka” Smolińskiego, który jakiś czas temu zdecydował się do pewnego stopnia zamienić banjo na whistle. I cóż można powiedzieć... szkoda strun, ale ten flet tak cudnie brzmi! Wbrew obawom zespołu, parapet nie został przez publiczność zelżony złym słowem ni gwizdem, może dlatego, że nie jest szczególnie ekspansywny, raczej wypełnia niż dominuje. Jedynie w znanym już Fiddler’s Green na początku słychać go nieco bardziej, nadal jest jednak użyty, jakby to rzec... rozsądnie. Był to pierwszy występ Pereł jaki mogłam usłyszeć od czasu odejścia skrzypka. Cóż, wielka szkoda, że Marek zdecydował się na rezygnację ze współpracy z zespołem, brakuje jego fidli, zwłaszcza w takim, balladowym, repertuarze, jaki Perły zaprezentowały w Krakowie. Ale bisowali jednak a capella – Cukier jak zwykle skłonił publiczność do klaskania w rytm.
Stare Dzwony, tym razem w komplecie (bo jakże inaczej pojawić się na Shanties), powitane zostały przez konferansjera nieomal czołobitnie, co doczekało się komentarza ze strony Jerzego Porębskiego: „no, co nam jeszcze chcesz powiedzieć, nasza Qńo mała kochana?”. I poszły klasyki, najczęściej w wersji mieszanej, dwujęzycznej; jak zwykle ciutkę niedbale zaśpiewane, nie do końca wiadomo, kiedy się zaczynające i przez kogo właściwie prowadzone piosenki w momencie porwały publiczność do wspólnego śpiewu. Widać, że na koncert szanty klasycznej nie przychodzą ludzie przypadkowi - wiedzą po co tu są i doceniają, co dostają. Między innymi śpiewając z Dzwonami, na przykład Nostalgię, a potem gwiżdżąc (aprobatywnie – ładne słowo) i okrzyki wznosząc, kiedy Poręba na trąbce zagrał. Te same spontaniczne reakcje nastąpiły na wiadomość o bisie, który rzeczywiście nastąpił chwilę później. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że koncert jest jedynie próbą generalną przed koncertem jubileuszowym obchodów 100-lecia działalności scenicznej Jurka Porębskiego (przygotowują się pilnie już teraz). Na jednym bisie nie skończyło się jednak – zmuszeni przez publiczność pojawili się ponownie, żeby zaśpiewać 4 piwka (nie sami oczywiście, szans nie mieli).
Polskie pieśni szanty klasyczne to piosenki marynarskie z dwudziestolecia międzywojennego, a to oznacza zespół Klang z Rzeszowa. A marynarz w noc się bawi i ma w każdym porcie narzeczoną, o czym przekonali nas skutecznie sześciogłosem harmonicznym. Ze szlagierów usłyszeliśmy (i zaśpiewaliśmy) Morze, nasze morze i Kilo serca, duszy funt, co szczególnie pozytywnie do zespołu nastroiło damską część publiczności. Ale potrafią też zaśpiewać o paniach negocjowalnego afektu i napojach wysokoprocentowych (trochę inaczej to brzmiało w zapowiedzi...), czyli My skoczymy do Gildy – co dowodzi, że wcale nie są tak grzecznym zespołem, jakim z daleka wydają się być. Ostatnią piosenkę, Horyłkę, panowie dedykowali Starym Dzwonnicom, o których więcej można będzie przeczytać w kolejnych relacjach. Swoim występem zasłużyli, zdaniem publiczności, na bisowanie, czyli Tego właśnie chciałem, z solową partią na trąbkę paszczową.
Jako ostatni wystąpili gospodarze koncertu, czyli Ryczące Dwudziestki. Zaczęli od Dalej w morze, po czym na scenie pojawili się dwaj członkowie norweskiego zespołu Risor Shanty Choir, którzy gościli na Shanties w 2007 roku, a na tegoroczne przyjechali w charakterze widzów. Wraz z Dwudziestkami wykonali pieśni Hog Eye Man i It’s a sailing time. Nieco lżejszy nastrój wprowadził Qńa, namawiając nas, żebyśmy na wszelkie newralgiczne pytania odpowiadali jednako: Nie pamiętam. Pozostaliśmy już w tym klimacie, słuchając Tri Martolod i Moje morze, czyli zaadaptowane na szanty piosenki francuską i rosyjską. Tą ostatnią zakończyli swój występ, po czym zaprosili na scenę wszystkie zespoły które dzisiaj wystąpiły, aby wspólnie odśpiewać all hands, czyli North-West Passage, do którego na fortepianie akompaniował Janusz Jasieq Olszówka. Tym skończył się koncert szanty klasycznej, a tym samym moja rola na dzisiaj. Zapraszam do lektury relacji koncertu Jubileusze, jubileusze, autorstwa Joanny Makenzen Morawskiej, który pojawi się już jutro rano.
Fot. Mariusz Bartosik
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01. 16:02, 26.02.2009
Dodał: rosz (napisanych komentarzy: 2)
02. 13:15, 21.02.2009
Dodał: Makenzen (napisanych komentarzy: 95)
03. 02:02, 21.02.2009
Dodał: Makenzen (napisanych komentarzy: 95)
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
Z serca Częstochowy - koncert charytatywny 05.12.2011 16:31Inicjatywa zorganizowania charytatywnego koncertu wyszła od muzyków...
Port Pieśni Pracy okiem binabik-a (2011-08) 22.09.2011 2:54„Widzę w Twoich oczach strach, powiedz czy to jeszcze miłość...