szanty24.pl > ocean wiedzy > z wiatrem > archiwum > Szczęśliwi, którzy...
Autor: Krzysztof Janiszewski
16.03.2009, g. 12:03

”Szklaneczka whiskey” – popularna ballada marynarska o charakterze tanecznym. Z towarzyszeniem zespołu z Billingham śpiewa Frank Matheson...” – tymi słowami, zasłyszanymi kiedyś w radiowej audycji, Darek Ślewa zapowiadał w przypływie większej rozmowności utwór „Pod Jodłą”.
Darek Ślewa – Stłukla – poznaniak od dziecka. Jednak myliłby się ktokolwiek doszukując się w nim stereotypowego poznańskiego „Szkota”. Dobro i zdrowie bliskich (i nie tylko bliskich) mu osób było dla niego ważniejsze od jego własnego. I pewnie jest to jeden z powodów dla których tu się spotkaliśmy. Czy zatem Darek miał w sobie coś ze Szkota? Bez wątpienia tak – lubił dudy, szkockie marsze i zespół Capercaillie (kaperkejli), kochał szantę ”Hieland Laddie” (hiland ladi) o szkockim góralicku, a przede wszystkim nosił czapeczkę w szkocką kratę co, jak mawiał czasami, było jego małym hołdem dla Andy Powell’a, gitarzysty zespołu Wishbone Ash (jednego z Darka ulubionych).
Stłukla kochał muzykę folk w różnych odmianach, różnego pochodzenia - i tą brytyjską, i hiszpańskie flamenco i Bóg wie co jeszcze. Jego miłość do gitary i śpiewu spowodowała zapewne, że stał się „wiecznym studentem”. Politechnika w Poznaniu, Uniwersytet w Gdańsku, a przede wszystkim Wyższa Szkoła Morska w Gdyni – to były jego uczelnie. Wśród studentów kilku roczników Wydziału Nawigacji krążyła anegdota, która kończyła się stwierdzeniem „ ...a kto nie był ze Stłuklą na roku?”. To jego przyjaciel z WSMki, Darek Góra, pseudonim LUIS, sprawił, że Darka zaczęto nazywać „Stłuklą”. I choć wspomniana już miłość do gitary i śpiewu przeważyła nad chęcią do pilnego studiowania, to przecież Stłukla bezustannie zaskakiwał rzetelną wiedzą z różnych dziedzin, zarówno technicznych, jak i humanistycznych.
Gawędziarz – z pozoru małomówny, lecz kiedy ‘zaskoczył’ potrafił opowiadać tak, że nie czuło się upływu czasu. O swojej rozsianej po Polsce rodzinie, o czasach i przyjaciołach ze szkół w Poznaniu, o wyprawach w góry i pobytach w górskich schroniskach, o dziewiczym rejsie „Daru Młodzieży” (kiedy to m.in. w czasie ciężkiej sztormowej pogody, niedaleko Sumatry, omal nie zostali ‘rozjechani’ przez olbrzymi kontenerowiec), o pracy na barce w gdyńskim porcie (słynna anegdota z telewizorem), wreszcie o swoim kilkuletnim pobycie w Londynie, dokąd wyruszył „za chlebem”. Był to początek lat 90tych - Internet i telefonia komórkowa były wciąż w powijakach – pozostały listy opisujące tamten świat: pracę na budowach, klimat londyńskich pubów i koncerty gwiazd muzyki folkowej, na które wraz z Darkiem Matuszakiem wybierali się gdy tylko czas i pieniądz pozwolił. Do opowieści tych wracał wielokrotnie, np. w czasie długich podróży na koncert gdzieś na drugi koniec Polski – dlatego utrwaliły się w pamięci. Na szczęście…
Kpiarz, dowcipniś i prześmiewca – z wielkim dystansem, przede wszystkim wobec samego siebie. Lubił dość pokrętny humor Altmana z filmu MASH, czytywał pasjami Szwejka – niektóre z anegdot znał chyba na pamięć (szczególnie tę o maszyniście, który nie umiał zapamiętać numeru swojej lokomotywy), cytował też Lema (Cyberiadę, Bajki robotów, Opowieści o pilocie Pirxie i inne). To chyba niezwykły słowotwórczy talent Lema inspirował Stłuklę - owocowało to m.in. nieustającymi przeróbkami nazw zespołów, tytułów i słów piosenek, zarówno własnych, jak i cudzych. Tych co znali Stłuklę ogromnie to bawiło, innych (przynajmniej w pierwszej chwili) zaskakiwało, zdumiewało, a nawet irytowało. Wierzcie, nie było w tym ani cienia złośliwości… tylko zdrowy, głośny i niezwykle zaraźliwy śmiech Stłukli. ŚMIECH, którego nie da się zapomnieć, który wciąż brzmi w naszych uszach…
„Wiem, że ludzie mają mnie za oschłego, małomównego dziwaka, co to z nikim „misia” nie przyklepie” – tak powiedział sam o sobie miesiąc temu na imprezie urodzinowej ‘Smagli’ w Contraście. Pewnie miał trochę racji, ale ci, którzy tak go postrzegali, mylili się. Darek był po prostu skromnym i bardzo nieśmiałym facetem. Nie lubił wszelkiej ‘celebry’, więc pewnie teraz zżymałby się patrząc na nas i pytał „Po co i na co to wszystko?”. Wierzę jednak, że w głębi serca byłby naprawdę szczęśliwy widząc tylu bliskich sobie przyjaciół. Prawda - na jego przyjaźń trzeba było zapracować, zasłużyć – jednak dokładnie tego samego wymagał od siebie w stosunku do innych ludzi.
Szczęśliwi ci, którzy go poznali...
Fot. Tomasz Goliński
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01. 20:50, 16.03.2009
Dodał: pafciojot (napisanych komentarzy: 2)
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >