szanty24.pl > ocean wiedzy > z wiatrem > archiwum > Raz jeszcze o "Shanties"

piątek, 10 lutego 2012 Imieniny: Jacka i Scholastyki

ocean wiedzy: z wiatrem | historia | różności

z wiatrem

Raz jeszcze o "Shanties"


Autor: Piotr Zadrożny

15.04.2009, g. 23:48


Artykuł, który napisałem miał na celu sprowokowanie dyskusji. Nie bez powodu stawiam w nim wiele pytań. Istotnie ilość wypowiedzi na obydwu portalach świadczy o dużym zainteresowaniu. W zamyśle, jest to cykl artykułów, dlatego zachowany jest cykl wypowiedzi osób, które jako członkowie jury festiwalu Shanties 2009 zechciały podzielić się swoimi opiniami.

Pisząc artykuł rozważałem to co widziałem na festiwalu Shanties 2009, rozważałem również ewolucję nurtu. Niewątpliwie jest to ciekawy temat dla różnej maści badaczy, socjologów, ze względu na unikatowość zjawiska jakim w Polsce jest ruch zwany „szantowym”. Przejęliśmy liczne wzorce zagraniczne, ale nie ma definicji mówiącej co mieści się w kanonach tego stworzonego w naszym kraju ruchu muzycznego, a co już nie. Każdy gra to co mu się podoba, w stylu który mu się podoba i pisze to co mu się podoba. To jest nurt tworzony przez wykonawców, silnie inspirowany muzyką folkową, ale można się spodziewać elementów każdego stylu muzycznego. Dyskusja, która rozgorzała po moim artykule: co jest szantą, a co nie jest, co można grać, a czego nie można w ramach „szant” i co też Zadrożny miał na myśli, jest w znacznym stopniu odzwierciedleniem problemu, z którym należało się zmierzyć oceniając festiwal Shanties 2009. Wszak ten Festiwal uchodzi za najważniejszą imprezę nurtu „Piosenki żeglarskiej” i jest (a w każdym razie powinien być) odzwierciedleniem tego co się w branży dzieje. Urozmaicenie w sensie ilości gatunków muzycznych (takich które są zdefiniowane), które były reprezentowane zaiste spore. Z jednej strony zespoły grające w sposób tak zwany „tradycyjny”, z drugiej grające nowocześnie i jeszcze zespoły śpiewające a-capella ale śpiewanie bez instrumentów wcale nie oznacza, że zespół śpiewa szanty, albo że jest „tradycyjny”. Jak to oceniać? Jak to oceniać w kontekście nazwy festiwalu - „Shanties”?

Nie można nikomu działającemu w branży odmawiać prawa występu na festiwalu Shanties w Krakowie. Sposób dostania się na festiwal jest znany. Dobór wykonawców - poza debiutantami - to decyzja organizatorów (tego nie oceniam i z tym nie dyskutuję). Faktem jest, że wszystkich zespołów dobrze grających i utożsamiających się z nurtem „Piosenki żeglarskiej” jest na tyle dużo, że nie da się ich pokazać na jednym festiwalu (pomijając teoretyczne imprezy o absurdalnie długim czasie trwania).

Czy nazwa „Festiwal Piosenki Żeglarskiej Shanties XXXX” do czegoś zobowiązuje i narzuca pewne kryteria? Uważam że tak! Stąd stosowane przeze mnie kryterium autentyczności – tak jak napisałem, dość idealistyczne, ale nie wiem skąd interpretacja niektórych czytelników forum, że to kryterium spełniają wyłącznie soliści z gitarą? Dla mnie solista z gitarą może być zupełnie nieautentyczny, a grający ostrą muzykę zespół wręcz przeciwnie! O kryterium wysokiego poziomu artystycznego prezentacji wspomnę jedynie dla porządku bo to moim zdaniem oczywiste.

A jaki jest mój wymarzony festiwal? Moim zdaniem bogactwo zjawiska kulturowego jakim jest szeroko pojęta piosenka żeglarska w Polsce jest największą wartością tego nurtu. Jest to zjawisko - ewenement na skalę światową - niezwykle cenne kulturowo, ale jednocześnie niedoceniane i nieznane szerokiemu widzowi. Osobiście obawiam się zdominowania nurtu Piosenki żeglarskiej przez jeden gatunek czy styl, a to zuboży go, pozbawi różnorodności. W moim odczuciu tak się właśnie dzieje. Uważam, że folk o korzeniach celtyckich dominuje. Nie mam nic przeciwko! Bardzo lubię, kocham tę muzykę, ale nie chcę by za parę lat Shanties był kolejnym festiwalem muzyki irlandzkiej, ewentualnie podobnej i pochodnej! Stawiam na różnorodność! Promowałbym tych, którzy bardziej tworzą niż odtwarzają, tych którzy poszukują tematów zarówno tekstów jak i muzyki w naszej historii i kulturze, tych którzy pływają i chcą o tym opowiedzieć w takiej czy innej formie.

Różnorodność nie oznacza jednak tolerancji dla każdego zjawiska, które na scenie zechce zaistnieć. Tu odniosę się do krytyki dotyczącej mojej wypowiedzi na temat zespołu „Greenland Whalefishers”. Zdania nie zmieniłem i uważam, że to zespół nie na tą imprezę, a teraz dlaczego. Otóż od wielu lat pokutuje dość stereotypowy wizerunek nurtu zwanego „szantowym”, kiedyś przedstawiony przez pewien kabaret. Tym, którzy nie widzieli przypomnę, że paru zataczających się panów, ubranych w żółte sztormiaki fałszywie i bełkotliwie odśpiewuje piosenkę „Gdzie ta keja” i chyba jakąś drugą jeszcze. Jednym z „performerów” tego znakomitego „spektaklu”, był Zbigniew Zamachowski, znany aktor, a w związku osoba opiniotwórcza. Zespół „Greenland Whalefishers” po pierwsze pił piwo na scenie, po drugie niektórzy jego członkowie sprawiali wrażenie, że są „pod wpływem”, po trzecie „fucki” ze sceny, a ich zachowanie w Starym Porcie to już było po prostu dno. Taki image sceniczny i taki zespół na pewno nie pomoże w zmianie stereotypu. Jedyne czym się mogli obronić to muzyka, którą wykonują, a o której wyraziłem się poprzednio z uznaniem. Pamiętajmy, że żaden z festiwali szantowych i generalnie żadna impreza muzyczna nie obejdzie się bez sponsorów. Psucie wizerunku imprezy na pewno nie pomaga w ich zdobywaniu, a pamiętać należy też o tym, że fundusze pochodzą również z instytucji państwowych typu Urząd Miasta gdzie są przyznawane – ergo: ktoś o tym decyduje i następnym razem może nie dać, albo da mniej. I dlatego wolałbym prawdziwy „The Pogues”, bo po pierwsze to oryginał, po drugie gwiazda, po trzecie przyciągnął by sponsorów, po czwarte i najważniejsze podniósłby rangę zarówno imprezy jak i całego nurtu. „Greenland Whalefishers” to dla mnie podróba, a słowo podróba ma w języku polskim jednoznaczną konotację.

Ktoś napisał, że krakowskich Shanties nie stać na „The Pogues”. Dobrze. Skoro festiwal Euroszanty, stać było na zaproszenie takich gwiazd jak Clannad i Eleonor McEvoy, a Wrocław zaprosił The Dubliners, to o czymś to świadczy. Krakowski Festiwal kiedyś rzeczywiście wyznaczał nurty, był wiodący i zapraszał gwiazdy. Co więcej istniał w mieście. Gdy odbywało się Shanties to było ten festiwal widać! Teraz, zamknął się w grubych murach Rotundy i w piwnicach Starego Portu. Oby opinia (moim zdaniem przesadzona) wyrażona przez jednego z uczestników forum, że Shanties stał się prowincjonalnym festiwalem folkowym nie okazała się prorocza! Nie tęsknię, za sprowadzeniem krakowskich Shanties do standardów z lat osiemdziesiątych. Tęsknię za tą imprezą sprzed kilku lat, której ranga była bez porównania większa niż obecnie.


 


strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >

01. 14:20, 16.04.2009

Dodał: Antek   (napisanych komentarzy: 255)

Silnik portalu urwał mi wypowiedź.
Zatem:
[link] - proszę zwrócić uwagę kto jest ppublicznością i co robi podczas występu

[link] - pieśniarka ludowa się nie boi z nimi występować...

[link] - widowiskowe to

Wiec po co Norwegowie, którzy i tak nie przywieźli norweskiej, a irlandzką muzykę, a nie Bretonczycy z bardzo świeżą i atrakcyjną interpretacją, żywiołowością i którzy na dodatek potrafią się zachować?

Pozdrawiam
Antek

02. 14:14, 16.04.2009

Dodał: Antek   (napisanych komentarzy: 255)

Piotrze, Twoja odpowiedź jest niezła. Precyzujesz czego pragniesz. Piszesz także konkretami o "Grenlandzkich Wielorybnikach" - co jest cenne, bo ostatecznie nie tak wielu czytelników obu portali było na Shanties.

Moje opinie:

1. Nie mogę się z Tobą zgodzić, że tylko piosenka żeglarska. Festiwal nazywa się "Shanties", więc może jednak także szanty? Wydaje się, że Polska uczyniła wiele dla przetrwania szant - pieśni pracy dawnego pokładu. Osobiście uważam, że w całym tym nurcie jest także miejsce dla ogólnie pojętej twórczości marynistycznej, która nie jest ani piiosenką żeglarską, ani szantami. Uważam, że podstawą jest śpiewanie o morzu, o ludziach morza, o postawach charakterystycznych dla ludzi morza. Inaczej grozi nam, że festiwal zostanie zalany masą muzyki stricte lądowej, np. lądowym folkiem, lądowym a capella itp.

2. Sam zauważam nawał irlandczyzny i nie podoba mi się to. Skoro już muzyka celtycka, to gdzie muzyka bretońska na przykład? Jak niewiele zespołów robi morskie pieśni oparte o muzykę innych nacji niż Celtowie -- jeden z niewielu chlubnych wyjatków to Pchnąć w tę Łódź Jeża a niechby i NorthWind z ich bretońszczyzną -- taki przykład. Nie rozwijam tego wątku bo wsiądę na swego konika - autorski rock marynistyczny ;-)

3. Czemu The Pogues? Zaprosić bretońskich Les Ramoneurs de Menhirs - wspaniała ludowa morska muzyka bretońska w punkowym sztafażu. Tylko czy Shanties na nich stać?

Proszę obejrzeć.posłuchać te 3 wideo:
[link]

strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >


UWAGA
Autorzy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników
w poniższych komentarzach. Komentarze zawierające wulgaryzmy, treści niezgodne z prawem oraz adresy reklamujące inne strony internetowe będą kasowane.


Copyright © 2008-2012 szanty24.pl. Projekt: szanty24.pl Technologia: cyberstudio