
Mordewind na swojej drugiej płycie zaskoczy nas wyjątkowo świeżą muzyką. Od czasów pierwszego wydawnictwa sporo się zmieniło, doszła mocna sekcja rytmiczna, a zespół zyskał ostre, celtycko-rockowe brzmienie.
Autorskie piosenki, które dominują na tym albumie, zostały w większości zaaranżowane tak, jakby zespół przerabiał utwory ludowe. Nie boją się więc sięgnąć po szkockie dudy, nawet kiedy śpiewają o warszawskiej Syrence, czy wsi nad Narwią.
Po pierwszym przesłuchaniu w ucho wpada większość refrenów, a piosenki takie jak „Madame”, „Hanzy holk” czy „Hej słońce” zostają nam w głowie na długie godziny. Nie wszystkie utwory nawiązują do morskiej stylistyki. „Tłusty szef” (promowany teledyskiem) czy rewelacyjny „Szarłat”, to utwory które powinny przebić się na scenie folkowej. Pobrzmiewają w nich fascynacje zachodnim folk-rockiem, ale wyraźny jest też autorski klimat, nawet w przekładzie starej irlandzkiej pieśni.
Płyta ma swój "drive", o którym pisał tu niedawno Sławomir Olko. Nie są to może szanty, ale piosenki morskie wciąż dominują w repertuarze. Na dodatek są dobrze wyprodukowane, a w aranżacjach słychać że zespół ma sporo pomysłów i prawdopodobnie jeszcze długo nie zabraknie mu inwencji.
Fot. Tomasz Goliński