Wszystkie flety Miśka (2)

Na samym początku napotykamy na ciekawy problem natury terminologicznej. Okazuje się bowiem, że mnogość nazw tego instrumentu jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia jego skomplikowania, a tłumacząc powyższe na ludzki powiem, że nie spotkałem się nigdy wcześniej z taką sytuacją, w której całkiem zwyczajny, trochę podziurawiony kawałek rury, ma tyle tak różnych nazw, których zwolennicy, aby było weselej, uparcie przekonują, że wyłącznie ta jedyna, ich ulubiona nazwa jest tą właściwą. A jakież to nazwy można spotkać? Najczęściej usłyszymy i przeczytamy, że instrument ten nosi miano „tin whistle” lub „penny whistle”, funkcjonuje też szersze określenie „fipple flute” (odpowiednie w sumie dla każdego intrumentu typu rura z gwizdkiem na końcu), w Polsce używa się jeszcze określenia „flażolet” (co jest dość ciekawe, aczkolwiek niepoprawne, ale o tym za chwilę), „flet irlandzki” (co jest sporym nieporozumieniem, jako że flet irlandzki jest czymś zupełnie innym), i „flecik polski” (co jest już w ogóle porządnym nadużyciem, ba, lekkim przywłaszczeniem, powiedziałbym nawet). Sporo tego. Pozostańmy zatem przy określeniu „tin whistle”, przynajmniej do końca tego odcinka.
Zgodnie z obietnicą na momencik wrócę jeszcze do nazwy „flażolet”, w Polsce bardzo popularnej. Skąd ta popularność – nie wiem, wiem natomiast, że flażolet (ang. flagelet lub flageolet) jest, lub raczej był, popularnym w XIX-wiecznej Anglii instrumentem, trochę podobnym do tzw. fletu blokowego (lub fletu prostego, ang. recorder), cechującym się dodatkowym elementem wyposażenia pod postacią komory do kondensacji wilgoci zawartej w oddechu. Komora ta była umieszczona przed ustnikiem instrumentu i powodowała, że para wodna zawarta w oddechu grającego nie kondensowała się wewnątrz instrumentu, co znacząco ułatwiało tak grę, jak i konserwację.
I tak oto uporawszy się z nazwaniem bohatera dzisiejszego odcinka oraz mając na uwadze, że, jak mawia jeden znajomy dziennikarz, nie ma takiego tekstu, którego nie dałoby się skrócić o połowę, w tym miejscu monolog terminologiczny zakończę i przejdę do kolejnego akapitu.
Witam zatem w kolejnym akapicie, a w nim budowa i możliwości tin whistla podane będą przystępnie i pokrótce. Rozpisywać się bowiem nie ma co, jako że instrument prosty w budowie jest do bólu. Rurka, zazwyczaj o stałej średnicy, choć bywają i stożkowe, sześć dziurek, i końcówka z ustnikiem i rodzajem gwizdka. Czasami instrument wyposażony jest jeszcze w tzw. tuning slide, czyli proste urządzenie do zmiany długości całego instrumentu w celu podstrojenia. Jako że dziurek taki tin whistle ma tylko sześć, jest instrumentem diatonicznym (czyli wygodnie można na nim grać w jednej, góra dwóch tonacjach) i w związku z tym do każdej tonacji używa się odpowiedniego instrumentu. Tak po prostu. Całe szczęście, że do tradycyjnej muzyki celtyckiej wystarczy instrument D, który pozwala na grę w tonacjach D i G, które obejmują 90% repertuaru.
Najtańsze, masowo produkowane instrumenty wykonane są z plastikowego ustnika i niklowanej bądź mosiężnej rurki (Generation), te droższe bywają ręcznie wykonane w całości z aluminium (Kerry Pro, Overton, Alba), wreszcie najdroższe instrumenty (Chris Abell) – wykonane ze złota i egzotycznego drewna. Każdy znajdzie coś dla siebie, natomiast najistotniejszą informacją jest tutaj to, że bardzo dobry, ręcznie wykonany instrument można nabyć już za kilkadziesiąt euro. A jaki konkretnie model wybrać? Polecić mogę instrumenty marki Overton, produkowane przez dwóch panów, Bernarda Overtona i Colina Goldie oraz instrumenty marki Alba produkowane przez panią Stacey O'Gorman. Polecam również zajrzeć na stronkę www.chiffandfipple.com. Innymi słowy, koniec wymówek, proszę instrument zamówić i do roboty.
Czyli do muzyki. Bo ona tutaj jest najważniejsza. I znowu mamy do czynienia ze swoistym fenomenem – słuchając najlepszych można odnieść wrażenie, że to jest zwyczajnie niemożliwe – zmusić tak banalny, wydawałoby się, instrument do wydawania z siebie takich dźwięków. Posłuchajcie tylko Brian'a Finnegan'a (gra w kapeli Flook), Mary Bergin, Bredę Smyth, Paddy'iego Moloney (The Chieftains), Cormac'a Breatnach'a – i dajcie się zaczarować.
Bo dotykamy tutaj magii, której niestety nie można się nauczyć, grając tylko li wyłącznie z nut, co jest często spotykaną praktyką, szczególnie w kraju nad Wisłą. Tradycyjna muzyka irlandzka jest przede wszystkim żywą, ustną tradycją i nie ma innej metody na poznanie jej, niż po prostu aktywne słuchanie. Bo w nutach znajdziemy tylko informacje o tym, które dziurki należy zatykać i w którym momencie. A to jakby jest za mało. Rytm, puls, miejsca w których należy wziąć oddech, ozdobniki, jeszcze raz ozdobniki, wariabilność kolejnych powtórzeń, aha, i ozdobniki – byłbym zapomniał o nich – tego wszystkiego można się nauczyć tylko i wyłącznie słuchając. Pomijam już przy tym fakt, że są to wszystko zjawiska, które po prostu wymykają się możliwościom oferowanym przez zapis nutowy – przede wszystkim są to rzeczy, które definiują styl grającego, a co za tym idzie, zapisywanie ich w sztywnej postaci nie ma sensu, jako że od każdego grającego wymaga się wręcz indywidualnego spojrzenia na te, jakże przecież proste w konstrukcji, melodie. Bo inaczej wkrada się Pani Nuda. Wtedy wszyscy dopijają piwo i wychodzą z pubu. Co oznacza, że właśnie dotarliśmy do końca odcinka bieżącego.
A w odcinku kolejnym będzie o większej gabarytowo wersji tin whistla o zachwycającej bezpośredniością i zasadnością użycia nazwie „low whistle”, i o tym, dlaczego w opinii znajomego Irlandczyka jest to instrument znacznie pożyteczniejszy od swojego mniejszego brata.