
A miało być tak pięknie... Marek Szurawski codziennie wieczorem na tle zachodzącego karaibskiego słońca śpiewający przy dźwiękach swojej nieśmiertelnej koncertiny "Dziewczę z Amsterdamu"... Stare Dzwonnice w charakterze chórku...
Niestety, drogiemu Siurawie wysiadło serduszko i razem z nim pozostał w Polsce, my zaś, czyli trzy czwarte Dzwonnic (Ania Laszewska, Mira Urbaniak i Monika Szwaja) plus Dzwonnica Rezerwowa, Krysia Kajewska ze szczecińskiej TVP, przeleciawszy jakąś straszną ilość godzin znalazłyśmy się w charakterze załogi na katamaranie Jacka Reschke. Katamaran faceta, który wymyślił krakowskie Shanties, nazywa się oczywiście "Shanties" i pływa po Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Droga nań z lotniska na Tortoli trwa mniej więcej pięć minut, wliczywszy w to spacer i dopłynięcie dinghy do bojki.
Pierwsza niespodzianka:
kiedy dopływamy, z pokładu dobiega nas rzewne "Byle dalej", nie z płyty, o nie. To Andrzej Korycki i Dominika Żukowska osobiście. "Zazębiłyśmy" się z nimi na ten jeden wieczór, co chwilowo pocieszyło nas jako sierotki po Siurawie. Absolutną niespodzianką było natomiast spotkanie na tymże pokładzie z Witkiem Zamojskim, autorem i niezapomnianym wykonawcą znanym doskonale w szantowej Polsce ("A Umbriaga wciaz gna"...). Andrzej i Dominika byli jako funkcyjni specjalni na poprzednim rejsie "śpiewającym". Nasz miał być "rumowy" - pod patronatem Kongregacji Miłośników Krzewienia kultury Picia Rumu WRAK (oby żyła wiecznie). Pod nieobecność Wielkiego Kongregatora Marka S. kapitan dokonał uroczystego przyjęcia Krysi w szeregi kongregacji - i już można było zaczynać... Zapewne pierwszy raz w historii Tortola usłyszała parę ballad Okudżawy i nieśmiertelnego "Bradziage" śpiewanego na glosy, z dużym uczuciem.
Kiedy wytrzeźwieliśmy...
Wróć. Następnego dnia zaczął sie rejs życia. Dla nas, Dzwonnic (tylko Mira była na Karaibach, nam trzem oczy wyszły na słupki już o poranku) - ale i trochę dla kapitana, który takiej dziwnej załogi prawdopodobnie nie miał nigdy. Dwie Stare Dzwonnice (Mira i Ania) mają wprawdzie jakie takie pojęcie o żeglowaniu, za to z kondycją u nich różnie, Krysia pływała kiedyś kajakiem (ale ma kondycje i zapał), a ostatnia sierotka miała zgoła przyobiecaną rolę galionu, do niczego innego bowiem się nie nadawała. W takim to reprezentacyjnym składzie żeglujemy przeszło tydzień, sumiennie spełniając toasty za zdrowie Siurawy na każdej wyspie i pomiędzy też. To nie to, że zostaliśmy alkoholikami, ale przecież jesteśmy w ojczyźnie rumu i rumowych mikstur, których sam Marek wykombinował ze czterdzieści - pewnie z rozpaczy, że nie może płynąć z nami. To tu można kupić Krew Nelsona, podobno najlepszy na świecie rum Pussera, oficjalny trunek Royal Navy, który pito początkowo w stanie czystym, a potem rozcieńczony, w postaci grogu. Tu, na wyspie Jost van Dyke, wymyślono słynnego "Painkillera" czyli "Mordercę cierpień"... I tak dalej.
Oczywiście, w Kongregacji Krzewienia Kultury Picia nie ma obowiązku picia,
obowiązuje natomiast kultura. To jakby ktoś miał wątpliwości.
A skoro jesteśmy tutaj, to obowiązuje przede wszystkim karaibska leniwa radość życia, "lo le le le", no i podziwianie. Podziwiamy wszystko, począwszy od zupełnie niebywałego koloru wody, poprzez górzyste wysepki, palmy i dziwne kwiaty, hasające tuż pod powierzchnią morza ryby, polujące na nie pelikany, potwornej wielkości i urody lobstery podawane w plażowych barach pod palmą.
Kiedyś (a wszyscy na katamaranie "Shanties" pamiętamy te czasy) rejs po Karaibach wydawał się czymś absolutnie niedostępnym. A teraz proszę - jesteśmy tutaj i odganiamy tropikalne ulewy śpiewając na góralską nutę "Nie lij dyscu, nie lij" (działa). Oraz malujemy jajka. Jest w końcu Wielkanoc. Mamy żurek i kabanosy, śledzie z cebulką... Tak naprawdę kapitan chciał tylko żebym pozdrowiła śwątecznie szantowych przyjaciół w Polsce, ja jednak nie umiem pisać krotko.
Pozdrawiamy Was,
Przyjaciele, karaibsko-wielkanocnym "Lo-le-le-luja". Stukamy się jajeczkiem. Niebawem wracamy, ale ten lazur chyba na zawsze zostanie nam gdzieś wdrukowany i kolejne jajka na kolejne Wielkanoce farbować będziemy wyłącznie na lazurowo.
Miało być pięknie. I jest.
Wasza dzwonnicza zaloga katamaranu "Shanties" i kapitan Jacek Reschke.