Wiatr i woda – albo oddech i pot, czyli rzecz o fletach (1)
Autor: Michał "Misiek" Smoliński

Na naszym małym, szantowo-folkowym, polskim podwórku, dominującym instrumentem, poza oczywiście „gębofonem” (zwanym czasem, zacytuję za jednym znajomym doktorem - „gumiorem” - to zależy od tego jaką biegłość w używaniu owego posiadł jego właściciel), jest gitara we wszelkich odmianach, począwszy od nylonowo-klasycznej, a skończywszy na basowo-próżniowo-akustycznej. W związku z czym, krótka wypocina autora będzie o czymś zupełnie innym.
O fletach i whistlach
chciałbym napisać co nieco, jako że
a) instrumenty to folkowe na wskroś i wzdłuż,
b) zasłużone są one bardzo dla muzyki kubryków dawnych żaglowców i na końcu c), a może przede wszystkim:
c) okazuje się, że w ostatnich latach jakoś tak się złożyło, że mały whistle zaczyna wystawać z tylnej kieszeni spodni co drugiego rodzimego szantymena (Bo nie wiem czemu, ale tak jakoś się przyjęło, że whistle na scenie nosi się głównie w kieszeni na tyłku). Czyli wygląda na to, że powolutku odkrywamy, jak wielką radość niesie z sobą odtwarzanie muzyki czasów, które było nie było, bezpowrotnie przeminęły, na oryginalnych, tradycyjnych instrumentach. Co też autor konstatuje z zadowoleniem i satysfakcją niejaką, jako że i jemu owa fascynacja dmuchaniem w kawałek rury się udzieliła była.
Zresztą podobnie dzieje się w branży akordeonowo-koncertinowej, odnoszę wrażenie, że ilość dokonanych transakcji kupna-sprzedaży koncertiny bije kolejne rekordy i sporo kapel ma w swoich szeregach koncertinistę (albo koncerticiaka? Hmmm. Pewnie znowu zależy to od tego, jak kto gra.)
To wszystko powoduje, że powolutku brzmienie naszych folkowo-szantowych spotkań i festiwali, zmienia się z turystyczno-ogniskowego na nieco bardziej autentyczne, folkowo-irlandzko-kubrykowe. I tutaj również następuje aprobujące mruknięcie autora.
Ale do meritum,
o fletach i whistlach miało być. Najpierw stare irlandzkie przysłowie. Wprawdzie po angielsku, a nie w gaelic, no ale cóż, wszyscy mamy swoje ograniczenia:
„Never try one of these cheap tin whistles. It leads to much harder drugs like flutes and pipes” (czyli mniej więcej: "niegroźna i tania fascynacja tin whistlem zamieni się w poważne uzależnienie od znacznie droższych intrumentów").
Rzeczywiście, najtańszy tin whistle marki Generation można kupić za kilkanaście złotych, wprawdzie fałszuje to to przeraźliwie, ale po potraktowaniu gorącą wodą, dzięki czemu klej łączący plastikowy ustnik z metalową rurką zmięknie i pozwoli na delikatne podstrojenie instrumentu, można na nim grać i osiągać doskonałe rezultaty.
I tak też właśnie od taniego instrumentu firmy Generation, zwykle zaczyna się przygoda z dmuchaniem w rurę na modłę tradycyjną.
Pytanie się pojawia, co dalej. Bo okazuje się, że właściwie od zawsze, tin whistle traktowany był jako instrument-zabawka dla dzieci: przyszłych flecistów czy dudziarzy. Wprawdzie ostatnimi czasy sytuacja się zmieniła, głównie za sprawą takich niedoścignionych mistrzów tego instrumentu jak Brian Finnegan, i tin whistle obecnie zajmuje bardzo zaszczytne miejsce w tradycyjnej muzyce irlandzkiej, niemniej jednak dla wielu (w tym i dla autora) ciągle jest to instrument taki trochę „na początek”.
A jest w czym wybierać:
low whistle, tradycyjny drewniany flet poprzeczny, flet bambusowy, uilleann pipes i wiele innych instrumentów, które wszystkie mają tę wspólną i pożyteczną cechę, że używają aplikatury bardzo podobnej do tej wykorzystywanej w grze na tin whistlu, która swoją drogą, do skomplikowanych zdecydowanie nie należy.
I tak oto P.T. Czytelniku, po troszkę przydługim i co nieco dygresyjnym wstępie, dotarliśmy do założeń cyklu artykułów, które chciałbym poświęcić tradycyjnym instrumentom dętym, wykorzystywanym w muzyce szkockiej i irlandzkiej oraz w muzyce kubryku. Serdecznie zapraszam do lektury kolejnych odcinków.