szanty24.pl > ocean wiedzy > różności > Wiarygodność, trans...
Autor: Grzegorz "Gooroo" Tyszkiewicz

Kiedy organizatorzy festiwalu zaprosili mnie do udziału w Jury, nie przypuszczałem, że będzie to aż tak ciężkie zajęcie. Zasiadałem w jury kilkanaście razy w życiu i była to ciężka praca. Być jurorem na SHANTIES – to jest prawdziwe wyzwanie. Prawie 20 godzin (w ramach 5 koncertów) oglądania i słuchania w stanie najwyższej koncentracji. Patrzeć, wsłuchiwać się, notować i być obecnym na występie każdego festiwalowego wykonawcy. Każdego, bo każdy ma prawo i przywilej pretendować do jednej lub kilku nagród z puli. A po tym wysiłku – spotkać się i obradować z pozostałymi jurorami by w końcu wydać werdykt. A zanim wydać – odpowiednio go przemyśleć, uzasadnić i sformułować. Wierzcie mi, to tytaniczny wysiłek.
Zasiadając w Jury zawsze zastanawiałem się nad tym jakie kryteria mam nałożyć na oceniane prezentacje muzyczne. Po latach doświadczeń i związanych z nimi przemyśleń, obserwacji osób, których opinie były dla mnie ważne wyodrębniłem moje osobiste, najzupełniej prywatne, podstawowe kryteria, jakimi kieruję się w ocenach.
Związek merytoryczny z tematyką festiwalu.
Piosenki prezentowane podczas SHANTIES MUSZĄ BYĆ w warstwie tekstowej lub muzycznej powiązane – w jakiejkolwiek formie – z pracą, tradycją, historią, współczesnością, przyszłością, wrażeniami, uczuciami, przeżyciami związanymi ze spędzaniem czasu na morzu, jeziorach, statku, jachcie, łodzi, muzeum morskim, pod żaglami itd. itp. Nie zgadzam się z tezą mojego kolegi ze sceny szantowej, który mówi, że: „piosenki żeglarskie, to wszystkie te piosenki, które śpiewają żeglarze”. To bilet do nieskończoności. Albo nie. Są to raczej nożyce, którymi odcina się dno worka z napisem SZANTY.
Kultura sceniczna:
Prezentacja muzyczna ze względu na specyfikę materii, zakładaną wrażliwość i delikatność twórcy, tworzywa i słuchacza musi mieć swoją klasę. Klasę prezentowaną przez wykonawcę. Mówiąc prostym, żołnierskim językiem – nie toleruję bydła na scenie. Bydło to dla mnie wulgarność, pijaństwo, narkotyki, bluzgi, prymityw, nonszalancja – serwowane widzom ze sceny. Nie uznaję tego nawet jeśli bydło legitymuje się dorobkiem płytowym czy jakimś innym jeszcze. Chcę przez to powiedzieć, że środki wyrazu scenicznego mają w mojej opinii swoje granice. Kulturę można wyrazić przez ciszę i przez krzyk, bezruch i dynamikę. Braku kultury nie można zaś przykryć niczym.
Twórczość, rozwój, nowości:
W tej kategorii wszystko jest jasne. Odgrzewane i TYLKO odgrzewane hity proponowane przez największe choćby gwiazdy sceny nie wzbudzają mojego entuzjazmu. Poszukiwania, eksperymenty, rzetelna praca nad repertuarem, rozwój i parcie do przodu – to sobie cenię u wykonawców bardzo.
Wiarygodność:
Najtrudniejsza do zdefiniowania kategoria i kryterium oceny artysty. Kiedyś na szkoleniu z psychologicznych aspektów budowania relacji sprzedażowych usłyszałem o kategorii: „wchodzi – nie wchodzi”. Chodziło o energię, która powstawała w kliencie na wskutek słów, działań, argumentów, akcji przeprowadzonej przez sprzedawcę. Kategoria bardzo wiarygodna, bo niezwykle skuteczna: WCHODZI – sukces, klient podpisuje kontrakt, NIE WCHODZI – wyjazd. Z czasem stworzyłem sobie własną – wywodzącą się z opisywanej - kategorię oceny muzyki: WIERZĘ-NIE WIERZĘ. Jest to bardzo subiektywna kategoria. Próbując ją opisać prostymi słowami mogę powiedzieć, że wierzę lub nie wierzę w to, co próbuje przekazać mi ze sceny artysta. Niezależnie od języka (!). Stosując tę kategorię wsłuchuję się we własne odczucia, można by powiedzieć – słucham bicia własnego serca. Ma to wielki związek z energią (nie mylić z hałasem), którą wykonawca potrafi lub nie potrafi wytworzyć podczas występu i przekazać widzom. I zainicjować jej wymianę. To wielka sztuka! Nie znoszę udawania na scenie. Nie znoszę, kiedy nasto- lub dwudziestolatek opowiada o ciężkiej pracy na morzu, bacie bosmana, który smaga plecy, niewoli czy innych abstrakcjach. Jestem szczególnie uwrażliwiony na takie bzdury chyba dlatego, że sam miałem przywilej pracować przez jakiś czas na morzu. I to bardzo ciężko. Najwyższym i doskonałym stopniem kategorii Wiarygodność jest Trans.
Trans:
…to łzy wzruszenia, szloch, śmiech, niekontrolowane wspólne z wykonawcą śpiewanie, stan euforii wyrażany krzykiem, tupaniem, brawami itd. Zaznaczam – stan osiągany bez zastosowania ZEWNĘTRZNYCH SUBSTANCJI ZMIENIAJĄCYCH NASTRÓJ. Uwielbiam być wprowadzany w trans przez muzykę!
Z takim zapleczem, arsenałem i nastawieniem wsłuchiwałem się w występy moich kolegów i koleżanek ”po szancie”.
Czwartkowy koncert „Znów przeminął rok” zapisał się pozytywnie w mojej pamięci nową piosenką Andrzeja Koryckiego „Plasterek cytryny i ja” i występem FLASH CREEP. Andrzej jest klasą samą dla siebie. Po cichu zazdroszczę mu talentu tekściarskiego, muzycznego oraz zdolności „czucia i widzenia więcej”. Jego inteligentne poczucie humoru rozbraja mnie. A jego piosenki wprowadzają w trans. Tak jak piosenki FLASH CREEP, którzy grają i śpiewają coraz lepiej i lepiej. No, może z tym wyjątkiem kiedy Iza „chciałaby być tak bardzo w Mobile Bay i RWAĆ BAWEŁNĘ CAŁY DZIEŃ (???!!!)”. W jakim celu? Izo?
Nie rozumiem zaś zupełnie co robił na scenie z Jerzym Porębskim sympatyczny skądinąd Patrick Lee. Zastanawiałem się i zastanawiam do dzisiaj jaki rodzaj odczuć miało wzbudzić to, co Patrick robił, albo raczej to, czego nie robił. Bo na pewno – nie śpiewał. Nie wiem… Nie wierzę, nie wchodzi, nie śmieszne…
W piątkowym koncercie „Znów popłynę na morze” uwierzyłem Qftrom. Zaśpiewali energetycznie, z polotem, fantazją, zawodowo w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ich śpiewanie to nowa i coraz lepsza jakość na szantowych scenach.
Uwierzyłem Prawdziwym Perłom, których (wprawdzie kompletnie nie trafione w kontekście tytułu koncertu) nowe propozycje wokalno-instrumentalne wprost powaliły mnie na plecy. Dobór i brzmienie instrumentów, aranżacje, przemyślane i sensowne teksty, perfekcyjnie wykonane partie wokalne solo i w wielogłosach - pokazały, że Perły to absolutna ekstraklasa krajowa. Koledzy zaprezentowali zupełnie nową, niespotykaną dotychczas muzykę.
Klangom uwierzyłem za wysoki poziom artystyczny oraz autentyczną radość, która wprost biła ze sceny podczas wykonywania przez nich przedwojennych marynarskich piosenek: pełnych uroku, dowcipu, wdzięku i czegoś tak ulotnego, co mają tylko przedwojenne piosenki…
Byłem pod wielkim wrażeniem doskonałego show, jaki zaprezentowały Stare Dzwony. Zbiór wielkich indywidualności, które na scenie tworzą coś absolutnie unikalnego i… transują mnie! Chociaż… od kilkunastu lat śpiewają ciągle te same piosenki.
Koncert sobotni „Dni mijają i tygodnie” to dla mnie przede wszystkim udana, pełna autentyzmu i wiarygodna współpraca sceniczna zespołu 4 Refy i odnalezionego dla Shanties – Simona Spaldinga. Numer „Drinking and marriage” w moim ulubionym stylu „cajun” rodem z delty Missisipi, wykonany wspólnymi siłami zauroczył mnie bardzo. Czy z Simonem, czy bez – 4 Refy pokazały klasę jako zespół grający muzykę morza najbardziej zbliżoną do angielskich oryginałów. I nie to mnie w nich porusza, że najlepiej ze wszystkich naśladują obcy folklor. Ale to, że robią to tak, że im wierzę. A jeśli chodzi o sam występ, to może trochę „obciągnęły w dół” jego poziom kłopoty z przypomnieniem tekstu piosenki u jednego z wokalistów.
Wrażenie zrobił na mnie również występ Banana Boat. Panowie z coraz większym powodzeniem porywają się na trudne i ambitne dzieła wokalne. I coraz częściej wychodzą z tych prób zwycięsko. Show jest wiarygodny, wdzięczny. Widać, że Banany to grupa przyjaciół, którzy obrali sobie wspólny cel i dążą do niego RAZEM. Z dużą klasą. Cenię ich za pomysły, autorski repertuar i przekraczanie granic w drodze ku nowym horyzontom. „Moby Dick” i (chyba taki ma tytuł) „Hen na szczyt” są dla mnie tego najlepszym przykładem. Przyznam szczerze, że sam chciałbym grać w takim zespole, w którym kolegom chce się przeć do przodu nie tylko w słowach, ale i w czynach…
Pięknie zagrali w tym koncercie Flash Creep. Piosenki do tekstów Mariusza Bartosika i jego zony – Oli Rakowskiej – Bartosik i inne, wykonywane przez Izę i Maćka pięknymi, przejmującymi głosami i wielogłosami wprawiały mnie w trans. Z prawdziwą przyjemnością obserwuję rozwój i doskonalenie brzmienia zespołu. Flash Creep są też klasą sami dla siebie.
Nie uwierzyłem zespołowi Tonam and Synowie. Koledzy zaprezentowali jadłospis sprzed wielu lat podany na nowych talerzach. „Beat box” basisty i cytaty muzyczne (Szał niebieskich ciał – Maanam, Samba de Janeiro – Bellini) pod publikę. Mnie nie odpowiada taki styl i pomysły, kiedy wyraźnie widzę, że te zabiegi mają stanowić podstawę i siłę repertuaru. Widzę w tym realizację motto: „im dziwniej, tym lepiej”. Według mnie – nie lepiej. Chociaż muszę przyznać, że brzmienie mają zawodowe!
Z nocnego koncertu „Sztorm przy Georgii” pozostało mi wrażenie szoku, jaki wywołał u mnie występ zespołu(?) Greenland Whalefishers. Byłem i jestem zniesmaczony, zirytowany, wkurzony, rozczarowany, oburzony. Kiepska muzyka, rozstrojone instrumenty, chlanie piwa na scenie, bluzgi do publiczności, kreowanie pożal-się-boże punkowego image’u i NIC POZA TYM. Kiedyś sądziłem, że naśladowanie dobrych wzorców (w ich przypadku - The Pogues) może przyczynić się do wzrostu, rozwoju, powstania nowej jakości. Tylko do tego trzeba mieć klasę! Tutaj zespół zaserwował odsmażane kotlety według obcego przepisu. I to z nieświeżych produktów. Żadne z kryteriów, które są dla mnie ważne nie miały zastosowania w ich przypadku.
Niepokój graniczący z pewną fascynacją wzbudził we mnie występ zespołu Nor Folk. Moja percepcja była już wtedy jednak na tyle „zwalcowana” natłokiem zdarzeń (bez zewnętrznych substancji zmieniających nastrój), że nie potrafię dzisiaj powiedzieć co mnie w ich muzyce tak przejęło. Ale przejęło. Tak jak oni - nie zagrał nikt na Shanties 2009.
Bardzo żałuję, że nie dane mi było wysłuchać niedzielnego koncertu „Jejku, jejku…” oraz „Dziękuje Ci Oceanie” - Jury zakończyło swoją pracę polegającą na słuchaniu w nocy z soboty na niedzielę (obradowało w niedzielę rano). Podobno znakomity występ dała Formacja i Stare Dzwonnice. Nie napiszę nic na ten temat – bo nie mogę przecież! Ale żałować – żałuję! Bezpowrotna strata.
Podsumowując – tegoroczny festiwal pokazał, że są wśród zespołów szantowych takie, którym „się chce”. Tworzą nowy repertuar, pracują nad poziomem wykonawczym, SBB (szukają, burzą, budują). To wspaniałe, budujące i nadające sens istnieniu sceny szantowej. Są też takie, których lata świetności już minęły. I chyba nie wrócą. Ale tak to już było, jest i pozostanie.
A przecież jest jeszcze tyle muzyki do zagrania!
Na szczęście…
Tekst pochodzi ze strony Grzegorza.
Fot. Monika Stachnik-Czapla
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01. 20:45, 26.03.2009
Dodał: Antek (napisanych komentarzy: 255)
02. 09:12, 26.03.2009
Dodał: Słupek (napisanych komentarzy: 21)
03. 08:42, 26.03.2009
Dodał: Antek (napisanych komentarzy: 255)
04. 14:25, 25.03.2009
Dodał: Słupek (napisanych komentarzy: 21)
05. 08:47, 23.03.2009
Dodał: mn (napisanych komentarzy: 86)
06. 01:59, 23.03.2009
Dodał: Makenzen (napisanych komentarzy: 95)
07. 16:41, 22.03.2009
Dodał: grzywa (napisanych komentarzy: 28)
08. 12:33, 22.03.2009
Dodał: bartosik (napisanych komentarzy: 35)
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >