"Tonam & Synowie" 20 lat później

Portal szanty24.pl rozmawia z
Wojtkiem Plewnią "Garbatym" - tyszaninem, wokalistą w zespole "Tonam & Synowie", kapitanem jachtowym.
- Kiedy zaczęły się "Tonamy"?
- Wiosną 1986 roku. To był maj, pachniała Saska Kępa :-) w powietrzu unosił się coraz wyraźniejszy duch egzaminów maturalnych. Matury wpłynęły destrukcyjnie na działalność dwóch formacji: "Marek & Synowie" oraz "To nam tufto". Tuż przed maturą oba zespoły się rozpadły. Z niedobitków powstał rok później zespół "Tonam & Synowie".
- Pierwszy sukces?
- Wyróżnienie na Bałtyckim Festiwalu Piosenki Morskiej w Gdyni. Potem katowicka Tratwa, nominacja do Shanties, festiwal Sari w Żorach. W 1988 roku, w Krakowie "zaliczyliśmy" wszystkie konkursy. Przyznano nam główną nagrodę za szantę klasyczną plus wyróżnienie za piosenkę autorską.
- Tonamy zaczęły "rządzić"...
- Za dużo powiedziane. Po 1989 zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę, robić pierwsze poważne "śpiewania krawężnikowe". Wreszcie przyszedł czas na regularne festiwale w Niemczech, Holandii i Francji.
- Wyznaczaliście wtedy nowe standardy w śpiewaniu szant?
- Fakt. Byliśmy pierwszym zespołem w Polsce, który zaczynał śpiewać szanty w pełnej, wielogłosowej harmonii. W pewnym momencie "odstawiliśmy stojaki" i wzięliśmy mikrofony w ręce. Śpiewaliśmy na festiwalach szantowych numery gospelowe Szukaliśmy w ten sposób różnych nurtów muzycznych.
- Zmieniliście nazwę na "Voices"...
- Kiedy doszliśmy do wniosku, że mamy sporo numerów, nie do zaśpiewania na rynku szantowym, stworzyliśmy Voices. Zaczęło się to od festiwalu piosenki studenckiej 1995 w Krakowie. Dostaliśmy wyróżnienie i komentarz jury, że jesteśmy zespołem, który wzbudził duże uznanie - niemniej nie do końca pasujemy do koncepcji festiwalu. Zaproponowano nam zgłoszenie do festiwalu opolskiego. W kolejce czekało 600 chętnych "podmiotów wykonawczych", przyjąć mieli 16. Śpiewaliśmy do jednego mikrofonu jedną zwrotkę "Baw się lalkami". Chwilę później podszedł jakiś facet i powiedział, że mamy się przygotowywać, że się łapiemy.
- I zaczął się młyn?
- Dokładnie. Cykl spotkań z estradowcami, przygotowania do koncertu debiutów. Atmosfera wśród "debiutantów" była znakomita, wszyscy byli pewni, że my ten konkurs wygramy. Ale konkursu nie wygraliśmy.
- Środowisko szantowe patrzyło na to nieprzychylnie?
- Nie, to myśmy powiedzieli, że w związku z nowym projektem zawieszamy udział w kolejnych szantowych festiwalach. Zostało to odebrane jako forma zdrady. No i wtedy obrazili się na dobre - i to nie bez przyczyny. Wykluczyliśmy się de facto sami.
- To był chyba początek końca "Tonamów"?
- Niestety tak. Wtedy ruch szantowy wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Jeździliśmy po Polsce z festiwalu na festiwal, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Sfera towarzyska miała bardzo istotne znaczenie wśród tych zespołów. Decyzja o wejściu w "showbiznes" de facto spowodowała, że Tonamy się skończyły.
- A "Voices" przepadli...
- Po opolskim festiwalu bardzo szybko podpisaliśmy kontrakt z największą wówczas firmą nagraniową - Pomaton EMI. Umowa opiewała na 8 płyt w ciągu 6 lat. Wśród zaproponowanych producentów był m. in. Michał Urbaniak. Nic z tego nie wyszło, z wielu względów. Pierwsza płyta się "nie skomponowała", ostatecznie zespół się rozpadł. Z perspektywy czasu patrząc, progi wielkiej kariery medialnej nas po prostu przerosły...
- Kilkanaście lat później zaczęliście powracać.
- Wróciliśmy w 2003 roku na "Zęzie" w Łaziskach Górnych, jeszcze beze mnie. Potem krakowskie Shanties, PPP itd. Dzisiaj śpiewamy od czasu do czasu. Ze względu na charakter mojej pracy nie jest proste zebranie zespołu "do kupy". Śpiewanie daje nam dużą radość. Tym większą, że śpiewamy rzadko.
- Jak oceniasz te 20 lat "Tonamów"?
- Każdy ma swój czas na scenie. Tylko niezwykle wybitne jednostki w historii muzyki pokazały, że czas nie ma znaczenia. Wszyscy inni "mają swoje 5 minut". Myśmy swój czas wykorzystali znakomicie. Dobrze się stało, że wróciliśmy. Dobrze dla nas i dla innych zespołów. Poprzez taki powrót każdy może sobie uświadomić jak, względnie krótki, czas nieobecności na scenie może wpędzić zespół niemal w zapomnienie. Nas nie było przez 12 lat. Dzisiejsi szantyfani mieli wtedy średnio 10 lat. Nie znają nas z natury rzeczy...
- W najbliższy piątek wielki jubileusz "Tonamów"?
- Organizatorzy PPP zaprosili nas do świętowania właśnie w Tychach. Będą z nami bliscy nam artyści:
Carrantuohill, bo rozpoczynali muzykowanie dokładnie wtedy kiedy my, stworzyli festiwal Sari, na którym my daliśmy pierwszy recital. Przez pierwszych parę lat nasze drogi mocno się przeplatały;
Banana Boat i Perły - zespoły, które zaistniały wtedy, kiedy my zeszliśmy ze sceny. To oni nie pozwlolili zapomnieć o Tonamach;
Marek Szurawski - człowiek, którego znamy od początku istnienia zespołu. Nasz guru, razem jeździliśmy na warsztaty.
Zaprosiliśmy też Ryczące Dwudziestki, ze względu na Bodźca - Bogdana Kuśkę, który przez pierwsze 8 lat był bardzo ważnym Tonamem. Z przyczyn niezależnych od nas zespół nie weźmie jednak udziału w jubileuszu.
Niespodzianką będzie występ hip-hopowej formacji WZP - śpiewa w niej mój syn - Damian.
Tychy, 17 stycznia 2008