
Ktoś wrzucał do ogniska jakieś patyki, ktoś inny wołał kolegę, a ona rozmawiała z dziewczynami, siedząc na ławce obok paleniska. Nie zważając zupełnie na zachowanie innych opowiadała z przejęciem, jak to udało jej się dzisiaj przeskoczyć ogromną falę. Nagle zorientowała się, że koleżanki przestały jej słuchać. Podniosła głowę. No tak, wychowawczynie już przyszły... O! Z gitarą!
-Moi drodzy – zaczęła jedna z nauczycielek. – Jesteśmy już piąty dzień nad morzem, więc chyba najwyższy czas, by nauczyć się paru szant.
-A co to są szanty, proszę pani?
-A... to są takie żeglarskie pieśni. Z resztą, zobaczcie sami – odpowiedziała pani, rozdając dzieciom kartki z tekstami piosenek.
-Zaczniemy od „Morskich opowieści” – i rozległy się dźwięki gitary.
Angelika spojrzała na swoją kartkę. Tekst wymienionej przez panią szanty widniał na samej górze. Przeczytała: „Kto chce, niechaj słucha, kto nie chce, niech nie słucha. Jak balsam są dla ucha morskie opowieści”. „Kto chce, niechaj słucha...” No dobra, posłucha. I może nawet spróbuje zaśpiewać...
Jak zaczęła się moja przygoda z szantami? Dosyć dziwnie. Pierwszy raz usłyszałam je na zielonej szkole – śpiewane wieczorami, przy ognisku, z dźwiękami gitary w tle. A drugi?
To był koniec sierpnia, pięć lat temu. Razem z rodzicami i bratem wybrałam się na wycieczkę rowerową. Zajechaliśmy nad Jezioro Paprocańskie. A tam… Tam akurat odbywał się PPP! Ze zdziwieniem patrzyłam jak na zazwyczaj pustych trawnikach siedziało mnóstwo osób, z których część cos obie podśpiewywała. Na boisku rozstawiona była scena, wokół niej cała masa młodych tańczących i skaczących osób, a na niej paru mężczyzn, którzy śpiewali... No właśnie, „Co oni śpiewają?” – pomyślałam.
W pierwszej chwili poczułam się nieswojo. Nie spodobało mi się to wszystko: ci ludzi dookoła, i Ci na scenie, dziwna muzyka (tak głośno!!!) i jeszcze taka dziwna atmosfera. Nie chciałam tam dłużej pozostać.
-Mamo… chodź, wracamy – jęknęłam, ale rodzice mieli zupełnie inne plany. Z przerażeniem patrzyłam, jak kładą rowery i siadają na trawie.
-Czemu? – próbowałam jakoś na nich wpłynąć.
-No co? Możemy chyba posłuchać? Szanty są przecież bardzo fajne! – odpowiedzieli, kiwając się lekko w rytm muzyki.
- Szanty? A więc TO są szanty? To będą pewnie „MORSKIE OPOWIEŚCI!” – i do tamtej chwili postanowiłam uważnie słuchać wykonawców.
Muszę przyznać, że się zawiodłam. Nie było moich ulubionych „Opowieści” ani „Przechyłów”. Fakt, śpiewali o morzu, ale w sposób, który mi tego morza zupełnie nie przypominał. Znowu poczułam chęć, by jak najszybciej opuścić tamto miejsce.
-Ja już tu nie chcę być – rzekłam buntowniczo, ale rodzice nie mieli najmniejszej chęci mnie wysłuchać. Mówili: „jeszcze piętnaście minut, jeszcze pięć” i tak spędziliśmy tam jakieś dwie godziny. To było straszne.
Później zupełnie zapomniałam o szantach. No, wprawdzie od czasu do czasu wyciągałam swój flet i grałam pieśni, których nauczyłam się na zielonej szkole, ale na tym się zawsze kończyło. Jakże się zdziwiłam, gdy w sierpniu następnego roku rodzice po przeczytaniu ogłoszenia o PPP powiedzieli, że wybieramy się na szanty.
-Ja nie idę – stwierdziłam od razu po usłyszeniu tej „miłej” nowiny.
-Przykro nam, ale chyba nie masz wyboru – usłyszałam w odpowiedzi.
Poszłam. Wchodząc na teren festiwalu, miałam skrzyżowane ręce na piersi i zbuntowaną minę, żeby wszyscy wiedzieli, że gdyby to ode mnie zależało, wcale by mnie tam nie było. Jak bardzo później tego żałowałam!
Zaraz na początku cos we mnie „pękło”. Zaczęłam dostrzegać to magiczne „coś” w żeglarskich pieśniach. Zaczęłam wczuwać się w atmosferę festiwalu. Hałas też mi już nie przeszkadzał. W końcu tak się rozkręciłam, że poszłam potańczyć pod scenę. To było coś cudownego! Poczułam morze, poczułam wiatr, wodę. Naprawdę mi się to spodobało!
Przez następne kilka tygodni słuchałam tylko piosenek z zakupionej na festiwalu płyty. To było tylko kilkanaście utworów nagranych na różnych koncertach, ale mi to wystarczyło. Oszalałam na punkcie szant!
Od tamtej pory jestem zawsze na letnim PPP. W zeszłym roku byłam również na innych festiwalach. Niedawno „zaliczyłam” zimową edycję tyskiej imprezy. Stałam się prawdziwą fanką szant! I bardzo się z tego cieszę!
Fot. (PPP Tychy 2008, na scenie Yank Shippers) Marietta Stefaniak