Nowak: Zaczęło się od żeglarstwa
Autor: Joanna "Makenzen" Morawska

Michał Nowak, wielbiciel szant, który po raz pierwszy zetknął się z tą fascynującą muzyką mórz jako niespełna dziewięcioletni chłopiec, a na swoje pierwsze „Szantki” trafił cztery lata później. Dzisiaj opowiada nam o wspaniałej, bogatej historii festiwalu w Kędzierzynie Koźlu.
Co było pierwsze, żeglarstwo czy szanty?
Wszystko zaczęło się od żeglarstwa. Pierwszy raz na pokładzie „Omegi” znalazłem się bodaj w 1985 r. na Jeziorze Turawskim, a trzy lata później pojechałem z ojcem na Mazury (odtąd bywam tam co roku). Mój pierwszy kontakt z szantami to rok 1990, kiedy to ojciec przyniósł do domu kasetę Czterech Refów „Pożegnanie Liverpoolu”. Jeśli pytasz o zależność, to na pewno szant bez żeglarstwa w moim życiu by nie było...
Jak trafiłeś na swoje pierwsze „Szantki” i jak je wspominasz?
Pierwsze „Szantki” były bardzo małymi imprezami lokalnego klubu żeglarskiego, o których nie miałem większego pojęcia. Trudno zresztą w wieku kilku lat dobrze się orientować we wszystkim, co nas otacza. Gdy w organizację imprezy włączył się miejscowy MOK, zwróciłem uwagę na zapowiadające ją plakaty i w 1994 r. wybraliśmy się całą rodziną. Niestety! Ktoś z nas źle zapamiętał termin i pojawiliśmy się pod domem kultury... tydzień po festiwalu! Rok później wszystko było już dopilnowane, a bilety wcześniej zakupione.
Siódmą, a moją pierwszą, edycję imprezy wspominam… znakomicie! To był mój pierwszy szantowy festiwal, od razu pełen znakomitości. Marek Siurawski i Ryszard Muzaj wystąpili dosłownie kilka dni po śmierci Janusza Sikorskiego, śpiewali tak, jak za czasów Starych Dzwonów (które praktycznie wtedy nie istniały – dopiero w 2004 r. na plakacie „szantkowym” pojawiła się ta nazwa!). Andrzej Korycki przyjeżdżał wtedy z zespołem Bluska, byli Mechanicy Shanty, były Cztery Refy w momencie twórczej eksplozji („Bitwy morskie” itd...), wreszcie Zejman i Garkumpel z Joanną Neuhoff von der Ley. Zauroczenie było całkowite. Miałem już wtedy wiele kaset, ale jednak z „żywą” muzyką wiążą się zupełnie inne emocje. Cztery miesiące później trafiłem na „Szanty w Giżycku” i już nie było odwrotu…
Jak oceniasz rozwój tego festiwalu z perspektywy 14 lat, które minęły od Twojego „pierwszego razu”?
Jak każdy równie „długowieczny” festiwal, „Szantki” przeżywały swoje wzloty i upadki. Pierwsze siedem edycji, na których byłem, składało się z Koncertu Galowego oraz Wieczoru Poezji Morskiej (na ten drugi chodzę zresztą dopiero od 1998 r., bo zawsze był wyraźnie przewidziany jako impreza dla dorosłych!). Festiwal zawsze miał „stałe elementy”: Zejmana i Garkumpla, „Porębę”, „Siurawę” czy Andrzeja Koryckiego. Reszta wykonawców zmieniała się. W 1996, 1997 i 2000 r. przyjeżdżały grupy zagraniczne, w nazwie było słowo „międzynarodowy” i wydawało się, że może być tylko lepiej. Jubileuszowe X „Szantki” sprzed 10 lat były naprawdę dużym festiwalem.
Niestety, już rok później Koncert Galowy musiał odbyć się w Klubie Muzycznym „Tunel”, bo na sali kinowej „Chemika” akurat wyświetlano „Ogniem i mieczem”... I choć potem na dwa lata powrócił na dawne miejsce, to nie udało się powstrzymać kryzysu. Bilety drożały, ludzi przychodziło coraz mniej, pomysł na koncert sprowadzał się do zaproszenia wykonawców i ustalenia kolejności występów. Jednocześnie na Wieczór Poezji Morskiej w Domu Kultury „Koźle” cały czas waliły tłumy, a zdobycie biletu graniczyło z cudem.
W 2002 r. wymyślono więc, by drugi koncert zorganizować dzień później w tym samym miejscu, ale bez poezji, świec i całej tej „magii”. Biletów sprzedało się zaledwie kilkanaście, więc w kolejnym roku odbył się już tylko Wieczór Poezji Morskiej. Ale i on powoli się kurczył. Najpierw kończył się o 1:00, potem o 23:00, z trzech „rotujących” zespołów zrobił się jeden – zupełna stagnacja i „powtórka z rozrywki”. Nawet mimo starań Zejmana czy „Siurawy” o nowe elementy w programie. W 2006 r. ze sporego festiwalu został jeden koncert z dwoma zespołami i trzema solistami.
Przełomem była w mojej opinii ostatnia edycja. Dwa zupełnie nieznane wcześniej w K-K zespoły (Banany i Jeże), po 12 latach przerwy Cztery Refy w kapitalnym programie z Andrzejem Mendygrałem, „Koval” z Andrzejem i Dominiką jako trio – to było coś. Natomiast w tym roku wraca Koncert Galowy – jest więc szansa nawiązania do najlepszych lat festiwalu.
Po tych 20 latach organizatorzy muszą jednak odpowiedzieć sobie na kilka pytań: czy chcą robić imprezę dla grona 200 miejscowych fanów, czy szerszej publiczności? Czy wystarcza im „odfajkowanie” kolejnej pozycji w rocznym planie kulturalnym, czy chcą przez festiwal promować miasto w całym regionie, a może nawet kraju? Ja wiem, że urok „Szantek” kryje się właśnie w tradycji i doskonale sprawdzonej formule, dlatego nie nawołuję do przewrotu, ale rozsądnej ewolucji. Czyli utrzymania kursu z dwóch ostatnich lat.
Powiedziałeś kiedyś, że „Szantki” Cię ukształtowały szantowo. Co to znaczy?
W początkach mojej szantowej pasji wiadomości o zespołach, nagraniach czerpałem głównie z wizyt w sklepach żeglarskich i oglądania wystaw z kasetami. Troszeczkę też z telewizji i „Żagli”. Festiwal to było coś zupełnie innego: widziałem zespół, a zaraz po koncercie kupowałem jego kasetę. W ciągu jednego wieczora miałem większą dawkę nowej muzyki, niż przez cały rok.
„Szantki” wyrobiły też moją prywatną definicję dobrego koncertu szantowego. Pokazały bowiem dobitnie, że każdy festiwal musi mieć w swoim programie „coś innego”. Takim „czymś” był w Kędzierzynie-Koźlu Wieczór Poezji Morskiej, wspólny pomysł Marka Siurawskiego i komandora KŻ „Nauta” Waldemara Muchy. I to niezmiennie działa! Gdzie indziej w Polsce ludzie przychodzą przed kasy na godzinę przed ich otwarciem i wykupują w ciągu kwadransa najdroższe bilety w kraju?
„Szantki” wreszcie doskonale wpisują się w tradycję Kędzierzyna-Koźla. To tu mieści się bowiem Technikum Żeglugi Śródlądowej (jedno z dwóch w Polsce), tu jeszcze sto lat temu znajdował się jeden z największych portów śródlądowych Europy. W Koźlu znajdują się resztki Kanału Kłodnickiego, należące do najstarszych zachowanych w całej Europie. Mieszkańcy tego miasta założyli słynną stację ratowniczą WOPR na Śniardwach. Mamy też dobrych żeglarzy – pochodzący z K-K Kazimierz Maucy wchodził w skład załogi „Nektona”, który pokonał Przejście Północno-Zachodnie.
Czy w takim miejscu można nie lubić szant i żeglarstwa?
„Szantki” pozostawiły niezatarte ślady również w pamięci tych, którzy w nich uczestniczyli jako wykonawcy. Niepowtarzalna atmosfera, radość, przyjaźń… to wartości, dla których z pewnością warto powracać na kędzierzyńsko-kozielski festiwal. Oto, co o „Szantkach” powiedzieli dwaj spośród najbardziej znanych i lubianych polskich szantymenów:
Marek Szurawski: Z całą odpowiedzialnością i ogromnym sentymentem mówię, że takiego serca, jak tutaj, nie ma na żadnym spotkaniu szantowym. Nastrój jest kapitalny, czego się nie da zrobić w Krakowie, gdzie jest kilka tysięcy ludzi, czy w Giżycku, gdzie jest kilkanaście tysięcy. Przyjeżdżam tu zawsze z radością i wiem, że przyjeżdżam do kumpli, przyjaciół. Mimo dalekiej drogi ja tutaj wypoczywam.
Mirosław Kowalewski: Zawsze do Kędzierzyna-Koźla na „Szantki” jedziemy z zespołem jak na świąteczne spotkanie. Wiemy, że jedziemy do prawdziwych przyjaciół, których gościnność przekracza wszelkie granice. Wiemy, że nic nie trwa wiecznie i historia kiedyś wymiecie nasz zespól z estrady „szantkowej”. Ale wiemy też, że zawsze tam będziemy... sercem!!!
Rozmawiała Joanna "Makenzen" Morawska
Fot. (M. Nowak) - Zasłużeni dla festiwalu "Szantki"