Kowal: Nie miałem żadnej płyty z szantami (cz. 1)
Autor: Rafał "Taclem" Chojnacki

Szantowe dziennikarstwo rozwija się, piszemy recenzje, relacje, robimy zdjęcia... A jednak wciąż jeszcze wśród aktywnie piszących niewielu jest tych, którzy rzeczywiście kształtują scenę szantową. Jest jednak na nich sposób. Większość z nich ma sporo do powiedzenia, warto więc pytać.
Pytania, które zadałem Mirkowi Kowalewskiemu planowałem wykorzystać zupełnie inaczej, okazało się jednak, że Jego opowieści są na tyle barwne, że wyjdzie z nich dobry wywiad. Kiedy Mirek otrzymał ode mnie pierwotny zapis, był zdumiony, że prawie nic w nim nie zmieniłem. Myślę, że nie warto kaleczyć takiej spontanicznej wypowiedzi, musiałem się jednak zgodzić z Jego sugestiami. To co przeczytacie poniżej, jest więc delikatnie wygładzoną wersją jeszcze ostrzejszego pierwotnie tekstu. Mirek wypowiada w nim kilka kontrowersyjnych tez, mam nadzieję że zmuszą one niektórych odbiorców do myślenia.
W jaki sposób zetknąłeś się pierwszy raz z jakąkolwiek formą żeglarskiego śpiewania?
Zielonego pojęcia nie miałem o szantach ani o żeglarskim śpiewaniu. Żeglowałem od 1972 roku, wtedy zrobiłem patent żeglarza, rok później sternika. Był to niezły sposób na wakacyjne podrywy, imponowanie kolegom, przynależność do jakiejś elity itp. Tanie wino, gitara, ognisko, zachody i wschody słońca nad jeziorem. Żadne nudne żeglarstwo morskie, żadne wachty, dyscyplina i kapitańskie rozkazy. Skończyłem szkołę, urodziło się dziecko i ...robota!
Parę ładnych lat przerwy z żeglowaniem, praca w Zakładzie Energetycznym, aż wylądowałem w Zakładach Mechanicznych URSUS. A tam był klub żeglarski. A więc szansa na fajne rodzinne wczasy. Jako najmłodszy w klubie, zostałem opiekunem bardzo zaniedbanej łodzi wymagającej cholernie dużo pracy, której nikt nie chciał robić. Nazywała się „Samantha”. Miałem w klubie przyjaciela Romka Wojciechowskiego, który trochę śpiewał. Śpiewaliśmy na klubowych ogniskach Sokoły i inne hity, ale żadnych szant, bo nikt nie miał o nich pojęcia.
Kiedyś ten Romek wyciągnął mnie na imprezę Złoty Kur, bo kochał się w jakiejś żeglarce, czy coś takiego a jej brat był tam organizatorem. Był rok 1985. Nie chciało nam się płacić za bilety, więc postanowiliśmy wystąpić jako wykonawcy. Traktowaliśmy sprawę absolutnie jednorazowo. Byliśmy męskim duetem, więc sparafrazowaliśmy nazwę Simon i Garfunkel na Zejman i Garkumpel. W nocy, na kolanie napisałem tekst o skrobanej przeze mnie łódce, muzykę oparłem o znanych mi kilka akordów na gitarę i tak powstała Samantha. Tak zadebiutowaliśmy. Na Złotym Kurze pierwszy raz zobaczyłem co to takiego... SZANTY! Zakochałem się w nich od razu. Nie, nie! Nie w treści ani w formie! W d.... miałem tradycję, szantologię i te wszystkie dyrdymały, o których tyle się pisze do dziś na różnych forach - szczerze mówiąc, tak mi zostało do dziś. Zobaczyłem taki oto widok: Na scenie stoi jeden facet. Coś tam zaśpiewuje pod nosem a cała sala mu odśpiewuje! No to ja kocham taką robotę: Artysta pomruczy, sala śpiewa i się cieszy a on... bierze kasę! Samantha niestety wzięła jakieś wyróżnienie i z tej okazji zostaliśmy zaproszeni na Wiatrak do Świnoujścia przez jakiegoś chudego jegomościa. Nazywał się Jerzy Porębski. W klubie sprawę potraktowano politycznie. Od tej pory reprezentujemy ursusowskie robotnicze środowisko żeglarskie. Dostaliśmy oficjalną delegację i pojechaliśmy na Wiatrak. Tam, natchniony żeglarskimi całonocnymi imprezami integrującymi śpiewających żeglarzy z całej Polski, napisałem pastisz nastroju pieśni morza, które wcale mi się nie podobały.
Chcąc wyrazić mój stosunek do pieśni żeglarskich, wykonaliśmy ten utwór na scenie. Byliśmy przygotowani na gwizdy, tymczasem sala się śmiała do rozpuku i... otrzymaliśmy prywatną nagrodę reżysera Andrzeja Radomińskiego: Jajo Artystyczne! I tak się to zaczęło...
Co to była za piosenka, jakiś pastisz szanty?
Nie,nie! To nie był pastisz szanty, tylko tęsknej pieśni morskiej. Finał tej pieśni był wtrętem "Chałupy, łelkamtu". Wtedy było to śmieszne, bo "Chałupy" były na topie. Nawet nie pamiętam tytułu własnego utworu, choć tekst gdzieś mi się kołacze po zakamarkach pamięci. Było to w końcu ....20 lat temu!!
Czy występowałeś wcześniej w innych formacjach niż Zejman i Garkumpel?
W latach 1972-1975 grałem w rockowej kapeli Prawatywa Faraona. PRAWATYWA dlatego, że opiekun muzyczny w Domu Kultury gdzie graliśmy nie zgodził sie na użycie słowa... LEWATYWA! Natomiast FARAON przeszedł bez bólu, nadając nazwie nieco egzotyki. Zespół działał przy Technikum Energetycznym i nie miał nic wspólnego z piosenkami spod znaku wiatru i wody.
Minęło kilka ładnych lat, zanim dopadły mnie piosenki spod znaku wiatru, grałem w zespole... weselnym. Niestety, rozwój techniki wymiótł takie kapele jak moja z parkietów weselnych, bo zaczęły królować parapety Casio, które zastąpiły bas i perkusję w zespole, znacznie obniżając koszty. Grałem na basie i śpiewałem. Jako tańsze, kapele parapetowe wycięły z rynku zespoły tradycyjne. I ja miałem wolne i czas na... pożeglowanie!
Początki zespołu, to poszukiwania swojego miejsca na scenie, kiedy zdecydowaliście, że nie tradycja, a współczesne granie, to właśnie Wasze miejsce?
O tym, że śpiewamy piosenki autorskie zdecydowało życie. Nie pływałem po żadnych morzach tylko po Mazurach. Nie miałem żadnej płyty z szantami, w przeciwieństwie do Jurka Rogackiego, który miał największy w Polsce zbiór zagranicznych płyt, czyli niewyczerpane źródło inspiracji. W tamtych czasach byliśmy trochę tępieni jako odszczepieńcy, bo rządziło wtedy poczucie misji krzewienia tradycji i kultury szantowej. Aż do czasu, gdy Angole w Krakowie, wytłumaczyli ortodoksom, że o szantach wiedzą więcej niż my i śpiewaniem szant im nie zaimponujemy. Marzą natomiast o poznaniu czegoś dla nich... oryginalnego. A wtedy w Krakowie dostaliśmy wyróżnienie za kolędę żeglarską i zaczęto nas jakby inaczej traktować. Na pierwszych nośnikach mamy nieśmiałe próby z klasyką, ale zrozumieliśmy prostą prawdę: Inni robią to lepiej, więc skupmy się na naszych atutach. Nic nie mam przeciwko szantom. Sam napisałem parę rzeczy inspirując się ich zasadami. Ale lubię estradę, coś o niej wiem i tu szukam swojej szansy. A szanty nie powstawały na estradę, tylko do roboty i zawsze będą: albo nudne estradowo, albo się "zestradowią", ale... przestaną być szantami!
Jeszcze na Mazurskich Kolumbach sięgaliście po tradycyjne kawałki - między innymi świetny Tom Bowling. Nie korci Cię czasem nowy program z tradycyjnymi utworami?
Nie korci mnie zrobienie na nowo tego, co inni robią naprawdę dużo lepiej. Natomiast mam projekt, który powoli zaczynamy realizować, ale za wcześnie o tym mówić. Marzę o wydaniu swojej płytki w klimatach gitarowych. Chodzi o takie utwory jak
tutaj . Bez Zejmana jako zespołu, natomiast jako muzykami, oczywiście. Z zaproszonymi przyjaciółmi - Korycki i inni... Byłaby to płyta nie na sprzedaż, tylko do rozdawania przyjaciołom. Plany, jak wiesz , zależą od logistyki. Czyli, jak kiedyś zarobię i odłożę taką kasę, że tę płytę zrobię, to... ją zrobię!
Mówisz że tradycja, to nie Twoja półka, ale jednak współpracowałeś z Markiem Szurawskim - śpiewałeś jego teksty, występowaliście razem (nie tylko dla dzieci). Jak to jest?
O współpracy z innymi wykonawcami w tamtych czasach już Ci wspomniałem. Były to cudowne doświadczenia. I są dalej. Jestem zawodowcem. Jak trzeba, zaśpiewam i szanty. Jeżeli tylko mam okazję, z ogromną radością śpiewam z innymi wykonawcami. Daje mi to dystans do samego siebie, niezłą lekcję pokory i przewietrzenie estetyczne. A jeśli chodzi o szanty, kiedyś napisałem dla potrzeb wytwórni filmów dokumentalnych utwór stylizowany na szanty, o żeglowaniu pod wiatr. Ciekawostką jest fakt nagrania tej pieśni przez chór popów prawosławnych. Niestety, pieśń nie została wykorzystana, gdyż znany autor innych tekstów nie wyraził zgody, by obok jego dzieł w filmie były teksty jakiegoś nieznanego szantymena. Film chyba w końcu nawet nie powstał. Nie zapieram się śpiewania klasyki, jak żaba błota. Twierdzę natomiast, że inni robią to lepiej, więc niech każdy robi swoje.
Rozmawiał Rafał "Taclem" Chojnacki
Fot. Marietka Stefaniak
ciąg dalszy - 28 lutego