szanty24.pl > ocean wiedzy > różności > Kowal: Jako żeglarz...

piątek, 10 lutego 2012 Imieniny: Jacka i Scholastyki

ocean wiedzy: z wiatrem | historia | różności

różności

Kowal: Jako żeglarz jestem przesądny (cz. 2)


Autor: Rafał "Taclem" Chojnacki


Jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewaniem dla dzieci?
Kiedyś w drodze na koncert szantowy do... Nowego Targu, Marek - wówczas jeszcze Siurawski - zaproponował nam współpracę przy programie Domowe przedszkole. Marek wtedy już się do nas przekonał, bo spełnialiśmy kryteria profesjonalizmu i elastyczności estetycznej i... tak poszło. Ale jeszcze wtedy nie podjęliśmy decyzji o robieniu czegokolwiek dla dzieci. Przełomem były dwie sprawy: Zaproszony kiedyś do jurorowania w Żyrardowie dziecięcego konkursu piosenek żeglarskich, zdałem sobie sprawę z pustki w takiej niszy. Dwoje maluchów, trzymało się za rączki i śpiewało: Skrzynkę piwa mam, ty otwieracz weź... Drugi powód to zadanie zorganizowania na shanties pierwszego koncertu dla dzieci w roku 1996. Trzeba było zobaczyć wykonawców po przebalowanej nocy, jak o 10-tej rano śpiewali dla dzieci! Nie było repertuaru, nie było wykonawców a była ogromna potrzeba publiki. Wzięliśmy się wtedy do roboty i...

A "Zażaglenie do losu"?
Zażaglenie do losu - to ładna historia. Jak już wspomniałem, po wcale nie zamierzonym i nieopatrznym zdobyciu pierwszych nagród na przeglądach piosenek żeglarskich, duet Zejman i Garkumpel był sprawą prestiżową dla robotniczej braci żeglarskiej z Zakładów Mechanicznych URSUS. Był rok 1986 i w Warszawie odbywał się festiwal Złoty Kur. Podpuściliśmy komandora naszego klubu, żeby w ramach promocji działań kulturalnych wśród klasy robotniczej, ten festiwal odbył się w Domu Kultury przy ZM URSUS. Rada zakładowa się zgodziła, podstawowa organizacja partyjna zatwierdziła pomysł, dyrektor wydał odpowiednie polecenia i... ruszyło! Nigdzie indziej i nie było takiej scenografii! Stolarnia, magazyny, malarnia, oddelegowani fachowcy: wszystko było do naszej dyspozycji. Impreza miała wymiar niesamowity. Pracował wtedy z nami reżyser telewizyjny, Andrzej Radomiński. Żeglarz, laureat nagród za filmy dokumentalne itd. On wymyślił, że trzeba zrobić coś medialnego. Wtedy wpadliśmy na pomysł pobicia rekordu Guinessa w długości czasu na śpiewanie pieśni żeglarskiej Shenandoah. Rozwinął się potem ten pomysł w legendarną sex operę żeglarską o tym samym tytule, ale to osobna bajka.

Rekord oficjalnie zgłoszony, określono warunki i w końcu zatwierdzono. Ponad trzy doby bez przerwy różni wykonawcy śpiewali tę pieśń. W końcu się udało. Żeby nasz festiwal różnił się od innych, nawet w konkursie musiał być jakiś "kogutek". Ja dostałem zadanie napisania najdurniejszego, najbardziej popieprzonego tekstu żeglarskiego, a każdy z konkursowiczów miał do niego napisać muzykę i wykonać wszystko przed jury. Tekst wszyscy dostali na jedną noc przed konkursem. To, co artyści wyprawiali z tym tekstem nie da się opisać. Jak wtedy mnie wyklinano, też. Muzycy mówili, że z takim kretyńskim tekstem nie da się nic zrobić. Był to rok 1986. W Krakowie jury nie dostrzegło zespołu Zejman i Garkumpel ani Samanthy. Nie dostrzegło też innych wykonawców. np: Krewnych i Znajomych Królika z Beatą Bartelik, czy zespołu Są Gorsi z legendarnym Kubą Rosiakiem. Warszawskim Złotym Kurem chcieliśmy pokazać Krakusom, że nie poznali się na „prawdziwych talentach” a nasz festiwal miał być czymś w rodzaju Salonu Odrzuconych. Nie zauważeni przez jurorów krakowskich wykonawcy, byli w Warszawie prawdziwymi gwiazdami opisywanymi w mediach. Beata Bartelik, obok Ani Sojki była niekwestionowaną gwiazdą owego festiwalu. I gdy się nasłuchała o niemożności zrobienia muzyki do porąbanego tekstu, postanowiła zagrać na nosie narzekaczom. Po festiwalu, na spokojnie, zrobiła tę muzykę, którą dziś znamy. Rok później legendarny Wicio Zamojski z zespołem Szantymen i chyba Beatą Barteli  brawurowym, genialnym muzycznie wykonaniem na Shanties w Krakowie ugrali dla tej piosenki jakąś nagrodę. Dla mnie była to ogromna satysfakcja, że odrzucony w zeszłym roku, teraz zdobywam nagrodę jako współautor hiciorka. Tym bardziej miałem satysfakcję, że to nie była żadna... szanta, tylko traktowana wtedy mniej przychylnie współczesna piosenka autorska.

Minęło już tyle czasu, że całą tę historię na pewno nieco inaczej opowie Beata Bartelik (na zdjęciu), Andrzej Radomiński czy inni. Ale warto by popytać. O rekord Guinessa w Ursusie, czy sex operę Shenandoah - Beatę, Anię Sojkę, Grzesia "Gooroo" Tyszkiewicza, Jurka Ozaista i tych którzy jeszcze coś pamiętają. Oddałbym nie wiem co za zdjęcia z tamtych czasów tej Opery. Jakieś zdjęcia mieli Tonamy na swoim jubileuszu w Tychach. Może ktoś jeszcze gdzieś je ma? Bardzo Zażaglenie lubię, choć nieczęsto je gramy. Jest to typowa piosenka tekstowa. A kto dziś …. słucha tekstu?

Skąd Beata w Waszym składzie na kasecie?

Beata nigdy w naszym składzie nie była! Natomiast odpowiedź na to pytanie powinna też Cię zainteresować jako "historyka szantowego". Dawno, dawno temu... gdy nie było komórek, internetu, TV satelitarnej, super i hipermarketów, gdy nie było paszportów ogólnodostępnych, z niewyjaśnionych do dziś przyczyn zaczęła się w kraju nad Wisłą rodzić moda na "szanty", pieśni mórz, jezior itd. Dla mnie była to możliwość opływania świata bez paszportu i poznawania bardzo fajnych ludzi, ogarniętych podobną pasją. Kiedyś, gdy śpiewano tylko dla przyjemności, była to jedna wielka "szantowa" rodzina. Wspólne śpiewania doranne w pokojach hotelowych, na plaży czy w korytarzach, przenosiło się potem na scenę. Są zachowane filmy z lat 80-tych z Wiatraka w Świnoujściu. Na scenie jakiemuś wykonawcy pomagają członkowie innych kapel i... publika! Na nagraniu dla TV Szczecin, na plaży solistą jest Romek z Zejmana a chór robią Cztery Refy, Zejman, jacyś soliści, konkursanci i Bóg wie kto tam jeszcze. Pomagaliśmy sobie w czasie występów nawzajem. Beata śpiewała z Królikami, co wcale nie znaczy że w czasie występu nie pomagał jej Zejman, Cztery Refy czy inni. W czasie przygotowań do sex opery Shenandoah nie tylko występowali razem na scenie: Jurek Ozaist - jako indiański szaman, Grzegorz Tyszkiewicz - jako wódz, Wicio Zamojski - jako kupiec, Beata Bartelik na zmianę z Anią Sojką - jako tytułowa Shenandoah. Ojca rzek grał Kuba Rosiak z głosem, któremu nagłośnienie do niczego nie było potrzebne. Zespoły Cztery Refy, Szantymen i Krewni i Znajomi Królika byli członkami rozpijanego przez kupca plemienia indiańskiego. Ale wspólnie SAMI szyliśmy sobie stroje, malowaliśmy scenografię i jednocześnie opracowywaliśmy wszystko muzycznie. Wszyscy mieszkali u reżysera Andrzeja Radomińskiego w domu całymi tygodniami, by przygotować przedstawienie. Cztery Refy reaktywowały się dokładnie w tym czasie, gdy duet Zejman i Garkumpel w Łodzi zdobywał nagrodę publiczności, czyli chyba około 1985 roku. Tak narodziła się ogromna przyjaźń między naszymi zespołami, wspólne rejsy - między innymi Rejs żeglujących bardów po Mazurach, z koncertami w każdym porcie. Dokładnej daty nie pamiętam. Nikt nam za występy nie płacił, ale państwo można było dymać jako pracodawcę. Koledzy odbijali karty obecności w pracy i można było całe dni i tygodnie poświęcać na wspólne projekty. Dziś takie klimaty są nie do pomyślenia. Każdy robotę szanuje, Internet absorbuje, dualizm ideologiczny przyjaźni między wykonawcami a ich wzajemną konkurencją na rynku wyklucza wspólne szersze działania. A poza tym brak czasu. Kto, gdzie i kiedy ma się zejść, by przygotować coś wspólnego. Kto zapłaci za sale prób, hotele itd.? Potem gdzie to pokazać, sprzedać? Wspólne przedsięwzięcia np. Ryczących Dwudziestek i Shannon są wspaniałe. Ile razy zadziałały? A więc na pytanie: Skąd Beata Bartelik w naszym składzie? Odpowiadam: Z autentycznej wówczas chęci bycia razem wykonawców „szantowych”, z przyjaźni i... możliwości realizacji tych potrzeb!

Czy Teatr Morski prezentował coś jeszcze, czy na Shenandoah jego kariera się skończyła?
Teatr Morski zrobił tylko Shenandoah i się rozpadł. I chyba dobrze... Przyczyn było wiele, ale nie chce mi się tego tematu na razie rozgrzebywać. Natomiast była to wspaniała szkoła warsztatu estradowego i kuźnia nieprzemijających przyjaźni.

Kolejna kobieta, Joasia Neuhoff, grała z Wami, nagrała solową płytę - też z Wami - i ucichła. Co się stało, że tak charakterystyczna osobowość odeszła w cień?

Masz rację, że to osobowość estradowa i niekwestionowany talent. Jedna z niewielu, która tak "czuła dechy". Zabawa w „szanowanie” jest - i była! - wspaniałą przygodą dla wielu wykonawców. Przychodzi jednak czas, gdy doroślejemy, rodzi się w nas poczucie odpowiedzialności wynikające z narodzin dzieci, posiadania rodziny, domu itp. Przychodzi czas, gdy trzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Po pierwsze: Czy śpiewanie piosenek żeglarskich to jest to, co chcę robić zawodowo przez całe życie. Jeśli nie, to do kiedy? Czy to są prawdziwe moje ambicje? Czy mam szansę na utrzymanie siebie i rodziny w tym biznesie? Aśka i Zbyszek pobrali się i mają wspaniałe córeczki, bliźniaczki. Donoszenie ciąży, urodzenie dzieci a potem ich mądre wychowanie powoduje wycofanie się z estrady na jakiś czas. A tu nie ma litości! Opuszczone na chwilę - kilka ładnych lat! - miejsce natychmiast zajmują inni wykonawcy. A sztuka, jaka by nie była , jest cholernie zazdrosna. Nie można być trochę artystą, trochę matką, ojcem, trochę pracownikiem w robocie. Znasz udane powroty? W naszej branży może Grześ Tyszkiewicz. Gdzie indziej? Może Krawczyk. To wszystko. Aśka realizuje z powodzeniem swoje obecne ambicje, robi doktorat, jest znakomitym dietetykiem zapraszanym wielokrotnie jako ekspert do telewizji. Pracuje w Centrum Zdrowia Dziecka i robi karierę naukową. Przygodę z estradą traktuje jako wspaniały okres w swoim życiu, ale tylko jako ważny - tu poznała Zbyszka - już miniony etap swojego życia. Teraz ma inne, ciekawe i ważne wyzwania! Zresztą jako Zejman zawsze mieliśmy farta do indywidualności.

Pogadaj z innymi dinozaurami: Szurawą, Ozaistem, Gooroo, Porębą - o Marzence Janickiej z Zejmana. Poproś ich o kilka słów na jej temat. A też już jej z nami nie ma. Podjęła decyzję, którą musimy uszanować. A w opinii wielu, nikt nie miał takiej mocy estradowej jednania sobie publiczności jak ona. I to nie tylko w naszej branży. Poruszyłem przy okazji Aśki tematy małżeńskie w Zejmanie. Poza długim stażem estradowym, kilkoma przebojami i życzliwej publice, naszym sukcesem są "szantowe" związki w zespole. Zbyszek i Aska mają dwie córki, nasza była solistka Ela i Adaś basista - dwóch synów. Tadzio, skrzypek, ożenił się z Anią z komitetu organizacyjnego Shanties w Krakowie, mają pięcioro dzieci. Ja też ożeniłem się na stare lata z dziewczyną z komitetu organizacyjnego Shanties.

Wspomniałeś o własnej, bardziej gitarowej płycie, a jak z planami wydawniczymi Zejmana?

W tym roku zamierzamy wydać płytę, która powinna zaskoczyć wszystkich życzliwych nam słuchaczy. Ale więcej nie powiem, bo jako żeglarz jestem bardzo przesądny i...

 

foto:Bartosz Konopka


Nie ma jeszcze żadnego komentarza do tego artykułu. Bądź pierwszy.


UWAGA
Autorzy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników
w poniższych komentarzach. Komentarze zawierające wulgaryzmy, treści niezgodne z prawem oraz adresy reklamujące inne strony internetowe będą kasowane.


twoje konto

zaloguj się

zarejestruj się

nawigacja

ocean wiedzy

– z wiatrem

– historia

– różności

okiem bosmana

– relacje

– recenzje

kubryk

kalendarz

galeria

radio

- aac 32 kbps

- mp3 128 kbps

szanty24.pl on Facebook


Copyright © 2008-2012 szanty24.pl. Projekt: szanty24.pl Technologia: cyberstudio