Autor: A. Szkuta, M. Szwaja

Angelika Szkuta, lat (niecałe) 16
Sierpień 2007. Port Pieśni Pracy. Tychy, Paprocany. Swój występ zakończyły właśnie Lejki i zapowiedziano zespół o niezbyt dobrze jeszcze mi wtedy znanej nazwie „Banana Boat”. „Kim oni są” – pomyślałam. I nagle na scenie pojawiło się pięciu dziwnych panów. Ubrani w śmieszne czarne koszulki, każda z innym kawałkiem banana. Zaczęli śpiewać.
Byli rewelacyjni. Podobał mi się nie tylko sposób w jaki śpiewali, ale przede wszystkim to, jak prezentowali się na scenie. Mało artystów potrafiło tak jak oni zachęcić publiczność do zabawy. Mimo, że ich wcześniej nie znałam, to już po paru minutach razem z nimi i pozostałymi ludźmi „spod sceny” śpiewałam o morzu, o żegludze. Nie musieli jakoś zachęcać ludzi, by włączyli się do wykonywanie piosenek; w ich muzyce po prostu było coś takiego, co do tego zachęcało. Byłam zszokowana, że pięciu facetów może zdziałać coś takiego.
Później, już po festiwalu, zaczęło się gorączkowo szukanie informacji na ich temat. Ściągnięte z ich strony parę piosenek non stop było słuchane przez mnie na „empetrójce”. Ich stronę internetową odwiedzałam prawie codziennie. Oszalałam na ich punkcie. Dlaczego?
Sama nie wiem. Może dlatego, że bardzo podobały mi się ich piosenki, może dlatego, że wtedy na PPP byli inni niż pozostali wykonawcy, a może dlatego, że po prostu mają w sobie to „coś”, co przyciąga mnie do nich. Nie wiem.
Moja koleżanka, którą pierwszy raz na PPP zabrałam w zeszłym roku, na pytanie: „Kto Ci się najbardziej podobał na festiwalu?” bez zastanowienie odpowiada: „Bananki”. A gdy drążę temat i pytam: „Dlaczego?”, mówi: „Ponieważ moim zdaniem ich piosenki były zrozumiale i jakby wzięte prosto z życia”. To samo pytanie zadałam mojemu tacie. Powiedziała o ich poczuciu humoru, śmiesznych koszulkach i niesamowitych głosach.
A ja? Za co ich lubię? Właśnie za niezwykłe brzmienie, za proste teksty piosenek, za śmiech, za niezwykłe ruchy Maćka, za urok jego brata Pawła i za to „coś”. Tak po prostu – lubię ich!!!
Monika Szwaja, lat (ukończone) 18
Za co fani szant kochają Banana Boat? Nie wiem, doprawdy, bo przecież Banany prawie wcale szant nie śpiewają. A jeśli nawet kilka, to w opracowaniu takim bardziej operowym. Wprawdzie uczony Paweł J., doktor nauk niezbędnych uważa, że szanty to teraz wszystko, co się śpiewa o morzu, ale ja się z nim regularnie kłócę na ten temat i twierdzę, że nic podobnego.
No więc o co tu chodzi?
Ogólnie, jak wiadomo, Banany prezentują wiele zalet; są pożywne, smaczne, zawierają mnóstwo potasu i mają pocieszny kształt. Pięknie tańczą taniec brzucha do egzotycznych zaśpiewów.
Doszliśmy do sedna. No, prawie, sedno będzie za chwilę, a teraz te tańce. Banany to urodzeni szołmeni. Kiedy wychodzą na scenę, publiczność czuje się rozbawiona zanim jeszcze zaczną śpiewać. Dziewczyny piszczą, a panowie ryczą na polecenie Maćka J., skądinąd poważnego lekarza o niełatwej specjalności. Spróbujcie wyjść na scenę i kazać ludziom wrzeszczeć, a w większości przypadków śmiechem was zabiją. O ile nie obrzucą jajkami. Banany samą obecnością sprawiają, że ludziom chce się bawić.
Moje doświadczenie widza i słuchacza podpowiada mi jednak, że nawet najlepsze szołmeństwo na długo nie wystarczy, jeśli nie ma solidnej podbudowy. Fundamenty, na których opiera się sukces Bananów są trzy: po pierwsze teksty, po drugie muzyka, po trzecie wykonawstwo.
Odkryłam Ameryczkę, co? Nie jest to takie znowu oczywiste, jakby się mogło wydawać. Teksty i muzykę mają wszyscy. Lepsze lub gorsze. W większości dość podobne, co na przykład jurorów festiwalowych przyprawia o zdrowy sen na przeglądach. Banany są odróżnialne w obu przypadkach. Ich teksty bywają niełatwe i często tchną prawdziwą poezją (że się tak poetycznie wyrażę). Aranżacje – na pięciu facetów a cappella – też raczej skomplikowane. Wykonawstwo – perfekcyjne. Takie drobiazgi jak bohaterski tenor Maćka i bohaterski sopran Konika, to już wisienka na torcie. Wszystko zaś razem jest do szpiku kości „inteligenckie”, o czym zapewne nie napisałabym jeszcze rok temu, żeby im nie zaszkodzić, albo co. Ale teraz znowu jest trend na inteligencję i można się przyznawać do wykształcenia. A będę się upierać, że produkcje artystów świadomych z reguły są ciekawsze niż bardzo nawet utalentowanych „nieoszlifowanych diamentów”.
Widać miłośnicy szant też lubią te oszlifowane.
Fot. Marietta Stefaniak