szanty24.pl > ocean wiedzy > różności > Appingedam 12
Autor: Michał Gramatyka

(czyli 12 różnic pomiędzy polskimi a zagranicznymi festiwalami szantowymi)
Wróciłem wczoraj z festiwalu „Bie Daip” odbywającego się w holenderskim miasteczku Appingedam. To co widziałem, słyszałem i przeżyłem, nastraja mnie do napisania poniższego tekstu. Po części życzeniowego, po części krytycznego. Ale, przede wszystkim reportażowego.
1. szantowe chóry
Zjawisko, którego w Polsce nie uświadczysz. Kilka lat temu, jeśli dobrze pomnę, krakowskie „Shanties” zaprosiły na scenę reprezentację National Shanty Chorus z Berlina. Występ Niemców nie dawał jednak wyobrażenia o potędze chóralnego śpiewania, bo do Krakowa przyjechało 9 osób ze 100-osobowego składu zespołu. Na zachodzie śpiewanie w chórach jest czymś powszechnym. Stanowi sposób na „aktywną emeryturę”. Starsi panowie (czasem starsze panie), ustawieni w trzech rzędach, najczęściej na 3/4 (um-pa-pa, um-pa-pa), śpiewają pieśni mórz i oceanów. Przy odrobinie wysiłku w wielu melodiach odnaleźć można dźwięki szanty wykonywanych w Polsce.
Wrażenie jest nieziemskie. Jeśli zwalczyć w sobie pierwszy, wewnętrzny protest muzycznego „ja” (um-pa-pa, um-pa-pa), to ten sposób śpiewania zaczynamy postrzegać całkiem pozytywnie. A jeśli popatrzyć na to przez pryzmat społeczny i zestawić ze sposobem spędzania „jesieni życia” przez polskich emerytów...
2. wspólne jedzenie
„Kapitańska kolacja”, wspólny lunch, stoliki ustawione seriami za główną sceną, wielkie garkuchnie z dymiącymi potrawami. Albo po prostu pomieszczenie lokalnego centrum kultury zastawione bułkami, wędliną, wszechobecnym piwem. Wspólne jedzenie buduje relację, pozwala się poznać, nawiązać pierwsze kontakty i pielęgnować te już nawiązane. A sceny, w których cała „ludożerka” wstaje znad talerzy, żeby odśpiewać „sto lat” szefowi szantowego chóru, ujmują za serce. Sam śpiewałem. Na cały głos.
3. koszmarne jedzenie
Orrany... Koszmarne to mało powiedziane. W Breście była „breja” (określenie Muzyka), czyli zmieszane ziemniaki, owoce morza i coś jeszcze. Warzono to w wielkim garze i hojnie rozdzielano potrzebującym. Tych oczywiście z dnia na dzień było coraz mniej ;-)
W Holandii była łyżka fasoli, łyżka soczewicy, wielka łycha roztopionego boczku i kiełbaski, które mimo, że ślicznie wyglądały, były niejadalne przez swój goździkowy posmak. Jedynie Niemcy żywią jako tako, chociaż i tu posiłki upływają pod znakiem wszechobecnego „kartoffelsalad”. Na szczęście w większości festiwalowych mieścin jest McDonalds.
4. kilka festiwalowych scen
W Polsce raczej się tego nie próbuje. Na zachodzie festiwale odbywają się zwykle równolegle na kilku scenach. Główna scena gromadzi publiczność dopiero późnym wieczorem, za dnia natomiast wielbiciele szant mogą poszukać swoich ulubionych wykonawców „na mieście”. Normą jest „śpiewanie uliczne” - najczęściej bez mikrofonów. Śmiejemy się czasem z kolegami, że wyznacznikiem tego, gdzie nastąpi nasz kolejny występ jest „kista” (po śląsku – skrzynka) z wodą mineralną. Stoi sobie niewinnie na skrzyżowaniu ulic i wskazuje miejsce, w którym ma się odbyć kolejne śpiewanie.
5. granie „do kotleta”
Oprócz sceny głównej i pobocznych, na zagranicznych imprezach spędza się sporo czasu w knajpach. W organizacji dużego festiwalu partycypują często wszystkie lokalne restauracje. W nich też znajdziemy „festiwalowe sceny”. Kilka dwudziestominutowych występów „do kotleta”, oczywiście bez nagłośnienia, ma swój klimat i urok. Szczególnie, że w takich właśnie warunkach najczęściej można natknąć się na publiczność słuchającą. A brak mikrofonów mobilizuje. I nie można wtedy wydobywać z siebie słynnego „umpa umpa”. Bo go po prostu nie słychać.
Zupełnie inny wymiar ma knajpiane śpiewanie w Irlandii. Tutaj jest ono czymś na kształt tradycji – szumnie zapowiadane „sesje” są niczym innym jak spotkaniem muzykujących przyjaciół. A że grają i śpiewają rewelacyjnie, to już zupełnie inna historia.
6. kiepsko z nagłośnieniem
I tak, i nie. Domeną zachodnich festiwali jest to, że nagłośnienia prawie nie ma. Ale jak już się pojawi, to spełnia wszystkie wymagania zespołów (i jeszcze trochę więcej). Jakoś tak dziwnie się dzieje, że zagraniczny akustycy wiedzą czym pokręcić, żeby zagrało. Sprzęt w Bremie przypominał konsolę wycofanego z użytku U-Boota, ale grał jak ta lala. I nie zdarzało się, żeby akustyk obarczał wykonawcę winą za złą jakość nagłośnienia. Dziwne, prawda?
7. międzynarodowe towarzystwo
O, to jest fenomenalna rzecz. Organizatorzy zagranicznych imprez dbają mocno o zapewnienie szerokiego przeglądu nurtów pieśni żeglarskiej. Można więc posłuchać wspomnianych już chórów, można odlecieć przy energetycznych Wikingach prześmiewczo określających się „Stormy Weather Shanty Choir”, można zakosztować najbardziej klasycznej szanty przy muzyce „Four'n Aft”. I tak dalej. Różnią się wszyscy o 180 stopni. Nie grają zwykle na gitarach basowych, jeśli używają instrumentów, to robią to z dużą biegłością. Ale przede wszystkim śpiewają.
8. prawdziwe szanty
Autentyzm zagranicznych imprez jest powalający. Szanty dla tych ludzi to muzyka ludowa. Pielęgnują ja, szanują i są z niej dumni. Raczej się tu w rytmie szant nie tańczy, nie rusza tyłkiem i nie podskakuje. Wykonywana ze sceny muzyka budzi wśród słuchaczy często nostalgiczne wspomnienia. Kiedy staną oko w oko z polskim sposobem śpiewania szant, są zaskoczeni ale traktują go przychylnie. Są dumni z tego, że ICH ludowa muzyka trafiła gdzieś do dalekiej Polski.
Acha, bardzo ważne. Nie spotkałem jeszcze za granicą festiwalu szantowego, na którym nie byłoby telewizji. U nas się „temat nie sprzedaje”. Na zachodzie można. W Appingedam filmowało nas RTL. W Bremie, tradycyjnie „jedynka” czyli ZDF. Stacje nie od parady. I zainteresowane szantami.
9. zachwycające „all hands”
Szantymeni Europy to równi goście. Bawią się tym co robią doskonale, są otwarci na nowe znajomości i nowe sposoby wykonywania szant. Nie konkurują ze sobą, albo robią to w sposób bardzo dyskretny. Na zewnątrz prezentują się jako grupa przyjaciół. Cieszą się sobą, pomagają nawzajem. Niezwykły wymiar mają zakończenia festiwali. Na „all hands” meldują się na scenie wszyscy wykonawcy. Nie mają takiego wpisu w umowie, po prostu przychodzą. Wspólnie pomagają kolejnym zespołom wykonywać pieśni na zakończenie festiwalu. I wspólnie na 50 głosów śpiewają „Rzuć ją Johny” - tradycyjną pieśń zamknięcia.
10. imprezy do późna w nocy
Najczęściej w podgrupach. Młodzi z młodymi, starsi ze starszymi. Starci chodzą spać wcześniej więc zwykle narzekają klnąc na czym świat stoi, kiedy się im pod drzwiami hałasuje. Kilka razy udało się nam przekonać ich, że zamiast narzekać, trzeba się dołączyć. I wtedy dopiero bywało fajnie. Ci goście potrafią grać na tylu instrumentach, że mózg staje w poprzek. Jeden taki zaczął od gitary, potem chwycił skrzypce, po nich low whistla a skończył na akordeonie. Chcieliśmy mu dać jeszcze eufonium, ale zostało w perłowozie. A pewnie by sobie poradził...
11. zupełnie inny przedział wiekowy
To chyba najbardziej widoczna różnica. Nasza publiczność to w większości młodzi ludzie. Często nieprzyzwoicie młodzi. Na zachodzie, szanty są „rozrywką dla dorosłych”. Młodzi pojawiają się incydentalnie, najczęściej jako pracujący przy imprezie wolontariusze. We Francji i Irlandii jest nieco inaczej, tam młodych jakby więcej. Ale nie zmienia to faktu, że średnia wieku publiczności jest mocno po czterdziestce.
12. za plecami morze...
Takie rzeczy w Polsce to tylko w Gdyni. Kiedyś, za czasów „Pomerania Shanties”, to jeszcze w Szczecinie, ale te czasy niestety niemal zapomniane. W Europie szantowe festiwale organizuje się wyłącznie w miejscowościach nadmorskich. Wynika to po pierwsze, po drugie i po trzecie z tradycji. Oni śpiewając, opowiadają o dokonaniach swoich ojców i dziadów. My fascynujemy się obrazami wykreowanymi przez dzieła Borchardta, Conrada i innych. Ich przodkowie to przeżyli, nasi nie. Dlatego nam wolno zrobić szanty w Tychach, a dla nich festiwal szantowy w Zagłębiu Ruhry byłby cokolwiek egzotyczny.
Powyższe spostrzeżenia stanowią wyłącznie moją wizję europejskiego „szantowego świata”. Gdyby ktoś chciał podyskutować, z chęcią podejmę wyzwanie.
W galerii:
1. "śpiewanie uliczne" w deszczu
2. "sto lat" dla szefa chóru
3. małe dziewczynki na "wielkiej scenie"
4. operator RTL filmuje szanty
5. "all hands" w Appingedam
6. pod namiotami dzielą jedzeniem
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01. 08:50, 28.08.2008
Dodał: Antek (napisanych komentarzy: 255)
02. 08:42, 28.08.2008
Dodał: Antek (napisanych komentarzy: 255)
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >