Autor: Krzysztof Janiszewski

Lipiec 1990 - w ramach wymiany partnerskiej między Gdynią i Kotką zostaliśmy zaproszeni na doroczny Festiwal Morski, na którym dwa lata wcześniej byli Mechanicy Shanty i Packet. Minął zaledwie rok od przemiany ustrojowej w naszym kraju, a już formalności paszportowo-wizowe stały się prawdziwą ”formalnością”.
Wypłynęliśmy z Gdańska 21.07.1990 na pokładzie starej „Pomeranii”. Bilety klasy ‘economy’, tzn. śpiwory i karimaty, szeregiem na jednym z pokładów. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo w TV leciał właśnie koncert ”The Wall: Live in Berlin”. Poza tym, przepływając niedaleko Gotlandii podziwialiśmy piękną panoramę Visby - morze uroczych domków z czerwonymi dachami. Rano zawinęliśmy do portu w Helsinkach - wtedy zobaczyłem po raz pierwszy, że promy skandynawskie, w porównaniu z naszą „Pomeranią”, są naprawdę ogromne. Podróż z Helsinek do Kotki, autokarem o promieniu skrętu „malucha”, po drogach gładkich jak stół minęła błyskawicznie.
Co nas spotkało w samej Kotce? Gościnny gospodarz Ero wraz z rodziną, prawdziwa fińska sauna, gdzie piwo lane na rozgrzane kamienie pachniało chlebem, pizze wielkości dużej patelni, kawior…. i policjanci, o tyle sympatyczni co stanowczy - nieopatrzne opuszczenie granic ‘ogródka’ piwnego z pełnym kuflem w ręku spotykał nieodmiennie bezlitosny koniec - zawartość kufla lądowała w rynsztoku.
A sam festiwal? Odbywał się w jednej z hal portowych. Byli goście z różnych krajów nadbałtyckich, m.in. Estonii i Niemiec - chór „Passat” (związany na co dzień z cumującym w okolicy Travemunde żaglowcem o tej samej nazwie, jednym z serii „P” - tej samej, z której pochodzi rosyjski „Kruzensztern”, dawniej „Padua”). Dyrygent „Passat’u” zdawał się unosić w powietrzu w trakcie występów, a ich gitarzysta basowy zwracał się do mnie „meine kollege”. Obsługa sceny była bardzo profesjonalna - próby mikrofonowe miały sens, bo w czasie występu warunki na scenie były takie same jak na próbie - nawet wysokość mikrofonów się zgadzała. Jeden z nas potrzebował krzesła - po próbie krzesło znikło ze sceny by na koncercie pojawić się ponownie w tym samym miejscu…
I wszystko odbyłoby się spokojnie, bez nadmiernych emocji, gdyby organizatorzy nie umieścili na scenie perkusji. Dziś nie pamiętam, po co to zrobili - ani my nie mieliśmy w planach występów z tym ‘wyklętym’ instrumentem, ani też nie przypominam sobie, żeby któryś z wykonawców z niej korzystał. Tak czy inaczej stała na scenie, a Rysiek Muzaj w czasie próby napomknął, że kiedyś grywał na perkusji. Nic to, że nie miał pałeczek (no bo i skąd miałby je mieć…) - akustycy mieli… Tak więc, bez zbytnich słów zachęty zasiadł za bębnami i zagraliśmy ”Poor Old Horse’a”. Nie wiem, jak inni, ale ja poczułem wtedy, że to jest to, co chciałbym grać…
A poniżej cytat ze strony
www.folkowa.art.pl - fragment wywiadu Rafała Chojnackiego z Krzysztofem Jurkiewiczem:
Perkusja "chodziła za nami" już od jakiegoś czasu – na pierwszej kasecie Smugglersów pojawiają się pierwsze ‘perkusyjności’, z klawisza, ale na dobre pojawiła się po festiwalu w Kotce (Finlandia), gdzie Rysiu Muzaj z głupia frant zagrał na perkusji (jest perkusistą!!! - przyp.K.J.) i tak nam się spodobało, że później już nie dało się inaczej.